To w tytule, to z kabaretu Tey zaczerpnęłam, z ich skeczu z Rudi Schubertem.
Miałam ucznia. Chodziłam do niego na nauczanie indywidualne. Chłopak, pomimo sprawności fizycznej nie był zdolny do usiedzenia w ławce nawet pięciu minut. Eksperymenty były czynione, a jakże, ale nie przynosiły oczekiwanych efektów, więc Pawła przerzucona na nauczanie w domu.
Dziecię owo było trudne nieprzecietnie.
- Wie pani co?- Zamysliła się dyrektorka podając mi adres zamieszkania mojego nowego ucznia.- W sumie, kiedy znajdzie się już pani na podanej ulicy, dojdzie pani do niego z zamknietymi oczami. Niech pani szuka porozwieszanych krawatów na drutach elektrycznych, przy domu.
No i znalazłam. Paweł miał manie rzucania do celu i był w tym perfekcjonistą. Rzucaniem czymkolwiek i do czegokolwiek, aby tylko trafić. O chociażby naszło go na wykradanie ojcu krawatów (ojciec miał ich sporo) i rzucanie nimi na druty, gałęzie drzew, linki do rozwieszania prania. Trudno było nadążyć za jego tokiem myślenia. Szybki pomysł i sruuuu. Rozwiesił staremu cała szafę. Przyjechała straż pożarna. Zebrała, co dało sie zebrać, ale dwa ostały się. Prawdopodobnie dziwnie owinęły się wokół drutów i za cholerę nie szło...
Paweł miał sąsiada akloholika. Zdarzało się chłopu noc pod domem, na trawniku spędzić, bo nie dał rady do mieszkania dotrzeć.Paweł lubił go odwiedzać.
-Po co tam chodzisz?- Pytam raz.
-Bo tam jest fajnie. Jak oni sie upiją to się śmiesznie kołyszą i śpiewają: "My pierwsza Brygada".
Poza tym zbierał u owego sąsiada korki po winach i rzucał nimi do rynien. Najwiekszą radochę miał wtedy, kiedy trafił w taki sposób, że korek dziurą, tą, którą ścieka deszcz, wypadł na ulicę.
Trudno było Pawła zatrzymac na dłużej niż 15 minut przy zadaniu. 15 minut to było maksimum, po czym dzieciak wyskakiwał przez okno ( parter) i robił sobie biegiem rundkę wokół domu, ulicy...wracał i kolejne 15 minut, i kolejne wyskakiwanie przez okno na przerwę, której długość sam sobie ustalał.
- Dobra. Jeszcze sekunda zanim się zwiniesz. Przeczytaj to zdanie i robimy fajrant.
- Wie pani co? Na chuj mi ta nauka? Widziała pani tego mojego sąsiada?- Szło o pijaka- On się nie uczył i proszę jaki porządny chłop z niego wyrósł.
*eM pomaga Marie rozwiązać krzyżówkę z dziecięcej gazety. Łączą cyfry i ma po połączeniu powstać rysunek. Są przy liczbie 31.
- No ładnie, a teraz kolejna...
-32.- Odpowiada Marie i bezbłędnie prowadzi linię.
- Tylko jej nie przeucz.- Pouczam .
-Dziwna jesteś. Nauczycielka, która nie chce aby jej dziecko umiało to, czego inne dzieci jeszcze nie umieją.
-Chcę żeby umiała, ale nie za wczesnie, bo jej to bokiem potem wyjdzie...znudzi się. Nie będzie mogła w szkole w ławce usiedzieć, bo ta nauka nie będzie dla niej niczym nowym. Nie rób za profesora. Nie odbieraj ludziom chleba.
* - Mamo?-Pyta Mała. - A dłaczego ta mama nie pozwala Raszpunce z domu wyjść- Przewalamy kolejny raz "Zaplątanych". Przewalamy, przewalamy....
-Bo to nie jest prawdziwa mama Raszpunki. Ta ją ukradła. Nie kocha jej. Udaje i trzyma ją w wieży, bo nie chce utracić Raszpunki z powodu jej włosów. Te włosy działaja cuda.
-Ale ja mogę z domu wyjść, a ona nie.
-Bo ty nie masz takich włosów.
- Mam ładne włosy- No tak, jakże by inaczej. Wszystkie księżniczki mają ładne włosy.
- Ale...ale ja cię kocham bez względu na to, czy twoje włosy są ładne, czy nie.
- Mamo? Ale dlaczego ta mama nie pozwala Raszpunce wyjść z domu?
Nie dałam rady jej tego wyjaśnić. Problem ów przewyższał mozliwość pojęcia go przez moją Córkę.
Analiza.
4 godz. temu
Uczyć czy nie uczyć oto jest pytanie. W lato z rana wychodzę do pracy i widzę jak sąsiad, notoryczny pijaczek w tym samym czasie bierze wędkę wsiada na rower i jedzie na ryby. Jak wracam z pracy on też przyjeżdża do domu. Może faktycznie nie warto było się uczyć? Szkoła mnie nie nauczyła jak żyć a sąsiada życie tak. Może trzeba bardziej życiu zaufać?
OdpowiedzUsuńMy się chyba boimy takiego zycia jakie prowadzą pijaki. nie chodzi już nawet o samo picie, ale o takie zycie , no własnie jakie? Takie chyba bez zajęcia, bez "wygód"... zycia na minimum. nie stac nas na porzucenie roboty i patrzenie w gwiazdy. Nie stac nas na zycie w jednym pokoju z kuchnią- Człowiek walczy o materialne polepszenie, albo przynajmniej na materialne wzrastanie, zbieranie, gromadzenie....wedka to tak od czasu, do czasu, a codziennie to "walka" o przetrwanie. :)))
UsuńNauczanie wszystkich na siłę według jednolitego programu to jeden z podstawowych błędów współczesnego systemu edukacji. Dać wszystkim szansę - tak, ale jeśli ktoś nie chce z niej skorzystać? W społeczeństwie potrzebni są ludzie i do prac fizycznych, szkoda czasu i pieniędzy na ich naukę w szkole.
OdpowiedzUsuńCos się wewnątrz mnie buntuje, na taki edukacyjny plan. Może bym szkoły "odpolityczniła", ale dostep do informacji, wiedzy hm.... z drugiej strony, jeden z moich wykładowców twierdził, że szkoły są niepotrzebne. Nauczyć ludzi czytac i pisać, a potem oni sami niech idą za tym co im wewnatrz gra i uczą sie po swojemu. SAmokształcenie. Uniwesytet zwany życiem.
UsuńKurcze nie wiem.
Szkoła to nie wszystko. Można umieć liczyć pisać znać ułamki i prawa fizyczne a z podstawowych życiowych egzaminów nie mieć zaliczenia...
OdpowiedzUsuńNo i tak sobie kiedys z dziewczynami z pracy gadałyśmy, że mozna mieć dr przed nazwiskiem,a w szkole zycia same dwóje zbierać.
UsuńBywa, nie mozna zaprzeczyć, ale we współczesnych czasach, nauka może ułatwiać życie, choc są i takie teorie, że absolutnie niczego sensownego szkoły nie uczą.
A ja zatrzymam sie przy Twoim uczniu. Jestem ciekawa jak potoczyl sie los tego chlopca... obawiam sie, ze nieciekawie...jednak ten chlopiec mial wielka pasje! nie byla to nauka, ale przeciez nie wszyscy musiamy zdobyc wyksztalcenie, zeby byc kims. Jezeli ktos zainteresowalby sie tym chlopcem i wykorzystal jego zaiteresownie, kto wie..moze dzisiaj bylby wielkim sportowcem w jakiejs dziedzinie, gdzie nalezy rzucac do celu.
OdpowiedzUsuńTen uczeń kwalifikował się na pacjenta szpitala psychiatrycznego. Z roku na rok mu sie pogorszało. Wraz z dojrzewaniem było jeszcze gorzej. Najtrudniej miała matka... on ja czasmi z miłości zagłaskiwał, a czasmi okładał. próbowali wszystkiego, nawet hipnozy...
UsuńMoże mógłby zostac znanym sportowcem, ale najpierw trzeba było spowodowac, aby mu się zachciało, bo gwarancji nie było, że podczas zawodów nie pobiegnie gdzies w pola, bo nagle poczuje potrzebę:))
A to juz inna sprawa..
Usuńno...mu diagnozy nie stawiali bo byl na nią za młody, ale dobrze z nim nie było.
Usuńtak sobie myślę o tym uczeniu wcześniej tego, co później ma być w szkole... ja na przykład świetnie czytałem już w pierwszej klasie /a do tego poszedłem rok wcześniej do szkoły/... i miało to wielki plus... więcej czasu mogłem poświęcić na... nie, nie... nie na inne przedmioty, ale na rozwijanie się w kierunkach, których żadna szkoła nie uczy... nazywano to "rozrabianiem", ale ja nigdy nikogo nie skrzywdziłem /no, chyba że ktoś "zaczął", ale to już nie jest krzywdzenie, lecz dbałość o równowagę świata/...
OdpowiedzUsuńpozdrawiać :))...
Ja tam byłam przeciętna i chwale se to:)) Uczyłam się wszystkiego w swoim czasie...szkoła jak to szkoła, nie zawsze mi sie podobała. może inaczej....doszłam do wniosku w liceum, że nie problem we mnie z moim kiepskim, chociażby, pojęciem chemii, a w tym, kto nam to wykładał. Nie chciało mu sie i to wszystko w temacie. kiedy zaczęłam sama rozwalac zadania z chemii i dochodzic sama do rozwiązań to na serio muszę przyznać rację mojemu cytowanemu powyżej wykładowcy, że wystarczy ludzi nauczyć pisac i czytać i niech idą za swoimi zainteresowaniami.
Usuń"Rozrabianie"- jak to fajnie wyglądało z punktu widzenia ucznia, a jak koszmarnie z punktu widzenia nauczyciela. Pobiłam się raz w podstawówce z kolegą z klasy. Potarmosiliśmy się bardzo. Dojrzewał i łapał dziewczyny za cycki. Dwa razy mu odpuściłam , a za trzecim było po ryju.... A tak w ogóle to ja bez ekscesów przeszłam szkoły.
Wiesz może kto jest boginią szkoły? :))))
Atena?... Hekate?... bo Odyn i Weles są raczej płci męskiej... tylko nie mów mi że Maryja Panna Zawsze Dziewica :)))...
OdpowiedzUsuńnie rzecz w bijatykach i szarpaninach... byłem dość spokojny i nie zdarzały mi się one często... oni "rozrabianiem" nazywali każdy akt zrobienia czegoś "po swojemu", "wyłamania się z szeregu"...
Boginią szkoły jest NUDA. Mój rusycysta w liceum tak to określił:)))
UsuńPamiętam kolegę w szkole, który siedział dwa lata w tej samej klasie. Chuliganstwem nazwali wtedy fakt, że urwana poręczą od krzesełka ( ktos ją rozkręcił i leżała sobie na boku) rąbną wyglądającą z klasy na korytarz matematyczkę. Zadała nam zadania, usłszała, że dwie inne nauczycielki śmieją się na korytarzu. Chciała je podsłuchać. Dupę zostawiła w klasie , a łeb cichaczem wystawiła na zewnątrz. I dostała ... z tekstem: " kto sie wypina , to jego wina".
U nas w klasie dwóch takich wystarczyło abysmy nosili miano najtrudniejszej wychowawczo klasy. Teraz dwóch siedzi spoko, a reszta dokazuje...proporcje się zmieniły. :)))
witaj Aniu...ja myslę,że nauka w szkole i radzenie sobie w życiu...to dwie różne sprawy.Ile wyniesie się mądrości ze szkoły,to wyniesie,ale życia uczy się już poza...bo nie zawsze można było się rozwijac(miec swoje poglądy),szukac mądrych odpowiedzi w szkole...czasem rządził szablon...
OdpowiedzUsuńCo do ucznia z Twojego postu...to on faktycznie nie był zdrowy,ale rodzice coś zabałaganili chyba...bo to nie są typowe zachowania zwykłego rozrabiaki,jakim każdy z nas kiedyś był...
Pozdrawiam serdecznie:)
Niewątpliwie tak Karakowianko. Szkoła nie ma nic wspólnego z uniewrsytetem zwanym "życie". jest jednak cos w tej nauce...a może inaczej, nie w nauce a szybkości uczenia się. Z reguły ci, którzy szybko się uczą kończą wyższe szkoły niż ci, którzy uczą się wolniej..,
UsuńTen proces nauki jest chyba ważny, jego szybkośc, bo powiedzmy sobie, że ten "inteligentniejszy" szybciej wyciąga wnioski nawet z życiowej nauki:)))
Ot, tak sobie uklepałam:))
no tak,cos w tym jest.uczenie się,ale nie wkuwanie...bo są kujony,które uprawiaja "pamięciówkę",a zapytac ich "od tyłu"...to baranieją...:P)))
Usuńja dlatego stawiam na tych "przeciętniaków",którzy w życiu okazują się całkiem "do życia"...
Pozdrowki:)
Wszyscy jesteśmy wyjatkowi, albo inaczej...wszyscy jesteśmy przeciętni:)))
UsuńDzieci powinny książkę napisać: jak zabić pytaniami rodzica w 10 minut! :) Uśmiałam się trochę przy tej twojej pisaninie, choć przy pierwszym fragmencie z goryczą. A przy drugim - jak Marie nie rozumie faktu nie kochania przez nie-mamę to chyba nawet dobry objaw ;)
OdpowiedzUsuńW sumie zwróciłas mi uwagę na ów dobry objaw nie rozumienia przez nią nie kochania dziecka...fajnie to ujęłaś:))
UsuńA pytaniami dlaczego to....wszystkie sciezki spacerowe mamy wybrukowane:)))
U dzieci cudowne jest to, że wiedzą, czego nie wiedzą - i pytają. A odpowiedzi, która 'się im nie zgadza', po prostu nie kodują. I drążą dalej. Czyli jakoś tam wiedzą, jaka jest ta odpowiedź. Ten temat mnie fascynuje...
OdpowiedzUsuńA dorośli? Co wiedzą, to wiedzą, ale m y ś l ą, że wiedzą i to, czego nie wiedzą. Czyli nie wiedzą, że/czego nie wiedzą...
No z tą wiedzą i niewiedzą dorosłych to poleciałaś..ja to spotykam takich, nie przeczę, takich co myśla, że wiedzą, ale to wraz z przebywaniem wśród ludzi się nabywa. Nakłada się maskę, przybiera rolę wszechwiedzącego. Taka ludzka gra w wiedzę:)))
UsuńNatomiast jest cos takiego, że od pytania stawianego sobie non-stop "dlaczego" dochodzi sie do przyczyny.
Wg mnie pytania 'dlaczego' i 'po co?' są najważniejsze. Bo są to pytania o przyczynę i cel/sens rzeczy. A odnośnie do osób są to pytania o motywacje i intencje - o sumienie :)
UsuńA swoja drogą, nie lubisz zbytnio wnikania w ludzkie motywacje i intencje, a bez tego nie da rady pznać drugiego człowieka...kto przyjaciel, kto "wróg":)))
UsuńDo tego piłam :) I dlatego rozróżniłam rzeczy i osoby. Dodam, że nie lubię włażenia w sumienie interlokutora w dyskusji - bo w dyskusji powinny padać tylko argumenty ad rem, nigdy ad personam. Rozmowa o czyichś motywacjach czy intencjach oczywiście jest możliwa, ale jako taka - rozmowa o czyichś motywacjach czy intencjach. I za obopólną zgodą. To nie jest oczywiste, Aniu? Czyżbym była tu jakimś wyjątkiem?...
UsuńNie, spoko...ale kiedy pisze o św. Pawle i idzie o to, że lepiej moznaby było zrozumiec dany tekst, kiedy by się poznało jego intencje, a naprowadzenie na nie może leżeć we współżyciu tamtejszych gmin chrześcijanskich...ciut historii itd...to Ty ucinasz rozmowę, że nie chcvesz wnikac w motywacje i intencje danej osoby. I muszę się przyznać, że mnie to strasznie zdziwiło...bo to tak jakby zatrzymanie się, oby tylko nie dokopac się ewentualnie do czegoś, co trzeba będzie w sobie ponownie, w trudach przerabiać...Tak to odbieram.
UsuńNatomiast czasami poznanie intencji rozmówcy daje nam szansę nie wkręcenia się w pewne złe dyskusje, kręcenia, ploty ...
I zawsze warto o nie pytac, o te intencje i motywacje..wiesz z kim masz do czynienia:))) Ale naiwna tez nie jestem, wiem, że taki ktoś może się nie odkryć:))
UsuńAniu, ja się wściekam wtedy, gdy ktoś rzuca tekstem typu: "Bo ty myślisz, bo ty chcesz" - interlokutor nie może wiedzieć, co myślę, co chcę. I to, co ja myślę czy chcę, nie ma nic do rzeczy, do tematu, do przedmiotu dyskusji. Jest to rasowy ad personam. Chyba że dyskusja jest o mnie - więc wtedy ja jestem jej przedmiotem i zgadzam się na rozkminianie mnie.
UsuńDywagować nt. motywacji czy intencji osób trzecich (szczególnie publicznych czy historycznych) oczywiście można, ale z założeniem, że są to tylko dywagacje. Bo stwierdzenia i tutaj są nieuprawnione - nikt nie wie, co kryje się w sercu drugiego człowieka, kimkolwiek on jest. Tylko o to mi idzie. Możemy sobie pogadać o intencjach św. Pawła, ale będzie to tylko pogadanie sobie - nie mamy szans ich odkryć na bank. Wg mnie jest to więc strata czasu.
Na bank to nie mozna byc pewnym nawet siebie...więc cóz za problem pogmerać w motywacjach naszych świetych...czasami mozna sie dziwnie dogrzebać:)) Nie znaczy, że jak dziwnie to koniecznie nie tak.:))
UsuńDzieci są niezwykle pojętne. To tylko rodzice bywają ograniczeni różnymi tabu i uprzedzeniami. Do każdego dziecka trzeba znaleźć odpowiedni "klucz" czyli sposób działania i tłumaczenia, który pozwoli do niego dotrzeć. Mam 4 dzieci z ADHD, więc coś na ten temat wiem.
OdpowiedzUsuńTo ADHA to tak samo jak kiedys dysleksja i dysgrafia,dyskalkulia...ogólnie modne, ale ...z drugiej strony dzieciaki ( przez ta cholerna cywilizację) rodzą się z dziwnymi zaburzeniami. ten chłopczyk opisany w poście ADHD nie miał, go podejrzewano o schizofrenię dziecięcą, ale dziecku diagnoz w przypadku chorób psychicznych sie nie wystawia, bo to się wszystko jeszcze zmienia, przybiera inne formy i czekaja spece, aż dojrzeje i wtedy...
UsuńMam do nadrobienia! Doszłam do zabawy i Waszego śpiewania ;) Co do Pawła, zapewne miał zdiagnozowane ADHD? Ale to musiała być wersja strong. Też uważam tak jak eremi, rodzice powinni być pierwszymi zainteresowanymi, aby do takiego dziecka dotrzeć. Tresura w tym wypadku na pewno nie zadziała. Mieć dziecko introwertyczne i powoli je "otwierać" to też nie lada wyzwanie. Ściskam!
OdpowiedzUsuńNie, nie miał ADHD, on był strong to fakt, ale tam szło o uposledzenie sprzężone z chorobą psychiczną, chociaż my na chorobe psychiczna bardziej stawialiśmy. Rodziców wykończył...dwójka rodziców nabawiła sie nerwicy lękowej.
Usuń