Jak juz wiecie pochodze z Warmii i Mazur- woj.warminsko- mazurskiego.
Sa to dwie wazniejsze krainy geograficzne tego obszaru ujete w jednym wojewodztwie. Przed druga wojna swiatowa mowilo sie powszechnie na te tereny Prusy Wschodnie i Polacy uznawali je za ziemie przynalezne Niemcom.
Wczesniej zasiedlala owe okolice ludnosc niemiecka przybywajaca na nie wraz z Krzyzakami, oraz Polacy z Mazowsza. Sama nazwa Mazury wziela sie od nazwy ludnosci przybylej z tej czesci Polski i przechodzila transformacje jezykowe.
Warmia to prawdopodobnie okreslenie pochodzace z wymarlej juz prawie mowy pruskiej, a oznaczalo czerwona ziemie.
Czy te dwa tereny roznily sie od siebie kulturowo? Przede wszystkim cechowala je odmiennosc religijna. To byl najwazniejszy wowczas rozdzwiek pomiedzy tamtejsza ludnoscia. Na Warmii dominowal katolicyzm, a po wsiach rozbrzmiewala mowa polska- oczywiscie wiejski dialekt tej mowy. Mazury (co za ironia losu) zas byly protestanckie i bardziej podatne na wplywy niemieckie, zamieszkiwane przez ludzi poslugujacych sie niemieckim dialektem. Warmia walczyla z germanizacja , nawet Matka Boska Gietrzwaldzka , jedyne uznane przez Watykan Objawienie Maryjne majace miejsce w granicach obecnej Polski, przemawiala do widzacych dzieci w ich gwarze. Nie musze chyba dodawac, ze strasznie to draznilo zaborcow. Bylo zapora dla germanizacji tych terenow. Dawalo ludzom sile...
Uwazam, ze ziemie te byly zawsze czyms w rodzaju multi kulti. Zwalczajacych sie wplywow. Po drugiej wojnie swiatowej doszlo ponownie na danym obszarze do przemieszania ludnosci. Ci, ktorzy mogli i chcieli przeniesli sie do Niemiec. W ich miejsce przybyli osiedlency z Wielenszczyzny, Ukrainy, Polacy z Bialorusi i oczywiscie ludnosc z Mazowsza poszukujaca lepszego startu, bo nie dalo sie juz bardziej dzielic rodzimych mazowieckich gospodarstw pomiedzy wszystkie dzieci.
Moi dziadkowie byli naplywowi. Pochodzili z okolic Warszawy. Dziadek poszedl za bracmi, ktorzy przetarli szlak, i wraz z zona osiedlil sie na Mazurach Zachodnich. Pradziadek byl bardzo niezadowolony z przeprowadzki corki. Swiezo zakonczona wojna wprowadzala w ludzkie umysly niepokoj: " Przeciez tam sa Niemcy. Gdzie wy idziecie?". Babcia opowiadala , ze przez jakis czas czuli sie na nowym miejscu jakby byli tylko na chwile. Trafili do miejscowosci, w ktorej wszystkie ladniejsze domy byly juz pozajmowane. Mieszkali u brata dziadka katem. Babcia nie widziala tutaj na poczatku dla siebie perspektyw. Dziadek nalezal do zaradnych facetow. Rozgruzowywal miejscowosc zniszczona okrutnie przez wojska radzieckie i ponoc zarabial na tym niemaly grosz. Nie planowal zostac rolnikiem. Chcial z tym skonczyc. Mial fach w reku, byl szewcem i z nim wiazal nadzieje na utrzymanie rodziny. Babcia zas miala parcie na szklo. "Toz to Warszawianka" - zwykl powiadac moj ojciec. Chciala udowodnic rodzinie pozostalej na starych smieciach i niedowierzajacej, ze jej sie uda, iz bedzie miala gospodarke, bo to liczylo sie najbardziej w oczach rodzicow i rodzenstwa. Parla wiec. Znalazla w okolicy stary , zawalajacy sie dom. Podloga pod nimi sie zarywala a spod niej uciekaly stada szczurow. Wzieli te ruine i ciezka prac doprowadzili ja do porzadku. Postawili dwie kondygnacje. Dol zajela babcia z dziadkiem, a gore oddali gminie za co otrzymali upragniona ziemie. Na pietro domu wprowadzily sie dwie obce rodziny. W taki oto sposob babcia dorobila sie wysnionej gospodary, na ktorej tyrajac stracila zdrowie. Oprocz pieniedzy ( mama mowila, ze w jej rodzinnym domu nie brakowalo forsy i ciezkiej harowy), babcia dochrapala sie rowniez astmy. Tereny byly podmokle, jeziorne, wilgotne. Ona z wrazliwymi plucami i sprawa zalatwiona.
Ojciec przyjechal na dane ziemie z Litwy, okregu wielenskiego. Nie chcial powiedziec dlaczego jako pierwszy z domu , mial 19 lat, zdecydowal sie na wyjazd do Polski. Wysiadl na lotnisku w Warszawie i ciezarowkami przewiezli ich na polnocno -wschodnie obszary. Ojciec chcial odszukac ciotke, siostre swojej matki. Ta siostra to tez niezly egzemplarz. Kiedy wszelkiej masci urzednicy przychodzili do ich podwilenskiej wsi i zmuszali ich, agitowali do podpisywania dokumentow o wstapieniu do kolchozu, ciotka przysunela pieniek. Wbila w niego siekiere i zapowiedziala mezowi, ze jezeli cokolwiek podpisze jego glowa spocznie na owym pienku. Co bylo robic? Trzeba bylo opuscic rodzima wies.
Pamietam babcie, matke ojca. Spokojna , cicha myszka...siedzaca zawsze gdzies z boku i z rzadko sie odzywajaca. Wczesnie zostala sierota. Wczesnie wydali ja za maz.
Ojciec zwracal sie do niej w drugiej osobie liczby mnogiej :
- Chcecie cos zjesc? - Proponowal
- Prosze cie. - Wkurzala sie moja mama.- Mow cieplej, toz to twoj rodzic.
Nie rozumiala widocznie, ze to bylo pelne szacunku zwracanie sie. Nalecialosc z jezka rosyjskiego. Moi rodzice nigdy nie wyjasnili sobie owej roznicy kulturowej. Mama byla slaba z rosyjskiego. Nie lubila tej mowy, dlatego tez nie lapala owych jezykowych zaleznosci i nalecialosci.
Kiedys kolezanka mi opowiadala, ze kobiety ze wsi stamtad takie wlasnie byly ( ciotka ojca taka nie byla, moze wyjatek potwierdzajacy regule(?)).
Babcia kolezanki pochodzila tez z dzisiejszej Litwy. Cicha, spokojna... facet rzadzil. Nawet kiedy przygotowywala posilek dla gosci to potem sama siadala na stolku z boku nie wtracajac sie do rozmow, jak potulna sluzaca. Dopiero synowa zmienila ow stan rzeczy. Walczyla z dziwna mentalnoscia wschodniej kobiety.
- Mamo. Zlituj sie. Nie usiade do stolu dopoki ty tez nie usiadziesz.
Nie mialysmy ( ja i siostry) korzenia. Jakby to prosciej ujac(?) Babcia i dziadek, a to oni sa opowiadaczami historii rodzinnych, nie mogli biorac nas na spacer, opowiedziec, ze: " O tutaj chodzilam do szkoly. A tu wczesniej stala taka duza wierzba ... i jako dzieciaki sie po niej wspinalismy. Dziadek kiedys z niej spadl i rozbil sobie nos... a tam dalej byla apteka...." Nie, czegos podobnego nie przezylysmy.
Uwielbialam u dziadkow spedzac wakacje. Tam byla przestrzen, urokliwe miejsca, zagajniki. Brodzilam w stawie, w sumie w mulistym bagnie... tereny cudne, przepiekne, lesisto- jeziorne... ale tych historii rodzinnych stamtad bylo mi bark. Oczywiscie nie zdawalam sobie z tego sprawy. Teraz moge Marie duzo naopowiadac, kiedy zjawiamy sie na moich polskich latyfundiach:) Ja moje osobiste historie juz tam mam.
Na Warmii i Mazurach nie bylo wielkiego przemyslu. Moze spozywczy? Teren typowo rolniczy. Zakladano tutaj PGRy. Bylo ich sporo. Jako dzieciak nigdy nie widzialam pegierowskich osiedli- przejezdzajac zerkalam na zabudowania, ale nie mialam przjemnosci wejsc w glab takiej osady. Dopiero kiedy zostalam nauczycielka i z koniecznosci odwiedzenia, co niektorych domostw zamieszkalych przez uczniow, poznalam dziwna specyfike tych miejsc. Niedawno , jadac w wakacje do wuja, skrecilam w jedno z nich, chcac zobaczyc jak sie rozwija. Kupa biednych dwojakow stojaca nad cudnej urody jeziorem. Zastanawialo mnie , dlaczego nikt tu sie nie buduje? Warmia i Mazury przezywaja obecnie istny budowniczy bum. Warszawa, Lodz przyjezdza. Wykupuja ziemie i w cichych zakatkach stawiaja sezonowe domostwa. Do tej popegierowskiej mordowni nikt sie nie kwapil. Czas zatrzymal sie tam w miejscu. Choc unia swoje im dorzucila- domostwa byly odmalowane, wybialkowane. Jak zyli tam kiedys ludzie? Wystarczy zerknac na zalinkowany film ( odsylacz dla zainteresowanych KLIK). Co prawda pokazuje PGR spod Slupska, ale mentalnosc ta sama. U nas mowilo sie na wino marki wino "Czar PGRu". Z czasem weszlo nowe okreslenie "Arizona" ( to filmowe). Niedaleko mojego miejsca zamieszkania znajdowal sie wojskowy osrodek wypoczynkowy nazwany wlasnie Arizona. Byl zadbany i luksusowy, wiec wedlug nas miano "Arizona" dla wina preferowanego przez miejscowych kiperow bylo niezbyt trafione.
Warminsko- mazurskie zakatki kryly tez rzadowe osrodki wypoczynkowe. W tutejszych lasach zaszywali sie znani aktorzy, rezyserzy, pisarze... ludzie estrady. Rajcowal mnie fakt, ze wuj znal Nienackiego. Jezdzil szczepic mu psy, a ojciec nadzorowal budowy warszawskich aktorow. Mial z nimi stycznosc.
Nie chce zadzierac nosa, chce tylko pokazac , ze teren , na ktorym wyroslam jest ( byl) pelen skrajnosci. Wiekszych chyba niz inne regiony Polski.
Post popelniony pod wplywem wpisu Szarabajki " Taka gmina".
Bardzo ciekawie opowiadasz, czytałam kiedyś książkę o mieszkańcach Mazur właśnie, losy rodziny wplecione w czas wojny i powojenny. Dla Niemców byli Polakami, dla Polaków Niemcami, nigdzie nie czuli się u siebie, w dodatku jako ziemianie uciekali tez przed Rosjanami. Dzieje rodzin na różnych terenach objętych przemianami to skarbnica ciekawostek historyczno-społecznych!
OdpowiedzUsuńjotka
jotka
Mi sie wydaje, ze historia opowiadana przez rodzine, historia opowiadana przez ludzi zyjacych na jakims miejscu jest szalenie ciekawa. Lepiej sie poznaje takie tereny niz studiujac szkolne podreczniki. Ciekawa jestem innych miejsc tworzacy obecnie Polske- jak to tam bywalo?
UsuńNa Warmii i Mazurach byl wlasnie taki narodowy mix. Moje pokolenie raczej tego nie przejawia. Nie przejawia dzielenie ludzi- nie ma tego w mentalnosci potomkow osiedlencow. Ludzie sie przemieszali. Prawie kazda z rodzin ma matke z jednej schedy a ojca z drugiej, ale u moich dziadkow i ich sasiedztwa bylo cos takiego, za oni okreslali siebie na zasadzie , ze to Warszawiak, a to Ukrainiec, ta sasiadka to Niemka... nie poslugiwali sie jezykiem mowiacym np.: ze to Polak z Ukrainy, tylko Ukrainiec. :)
Myslę, że w rodzinach wielu Polaków korzenie są mocno splątane - tak jak i moje.
OdpowiedzUsuńBo to zycie to chyba ciagla wedrowka ludow:)
Usuń"Arizona" to nazwa handlowa, znaczy napis na etykietce...
OdpowiedzUsuńnatomiast faktycznie trudno powiedzieć, który słownik w tamtych czasach był bogatszy: czy brandów tworzonych przez producentów i umieszczanych na tych etykietkach, czy nazw potocznych, które funkcjonowały wśród ludzi... one się przeważnie nie pokrywały: wytwórnie tworzyły swoje, lud prosty tworzył swoje... dopiero w latach 90-tych nastąpiła próba reaktywacji produkcji owych trunków, wtedy na tych etykietkach oficjalnie pojawiły się nazwy wzięte z języka potocznego...
obecnie i od dawna ta cała twórczość siadła... gdy spojrzę na najniższą półkę w hipermarketach, to widzę plastikowe butle z napisem "napój winny", albo "winopodobny", a jak to nazywają klienci, amatorzy tych napojów po prostu nie wiem...
p.jzns :)
"Arizony" nigdy na polkach nie widzialam, ale moze dlatego, ze mnie problem wyrobow wino podobnych nie interesowal. Kiedy sie ta nazwa pojawila to ona tez objela upadajace wowczas PGRy- arizony sie je nazywalo.
UsuńMoze owa arozona na etykiecie wina to bylo wlasnie zapozyczenie z potocznego jezyka smakoszy win:) Teraz sie chyba nie dojdzie co bylo pierwsze: kura czy jajo.
A mnie inetersuje czy na tym terenie, na ktorym teraz osiadles tez jest jakis srodowiskowy slang , czy tez mowa potoczna ( odrebna od ogolnopolskiej) na okreslenie tego typu towaru?
do tej pory nie poznałem żadnego środowiska, a jedynie parę osób, które "lubią wypić", aczkolwiek jak bardzo które z nich lubi, tego nie wiem... z moich spostrzeżeń, co oni czasem sobie podpijają, gdy razem czekamy na gminny autobus, który nas rozwozi po wiochach, to zwykle jest to piwo, a czasem niektórzy panowie pociągają wódeczkę... czyli ci ludzie chyba nie należą do amatorów tych napojów z najniższej półki... co za tym idzie, nie miałem za bardzo sposobności z nikim pogadać o tym konkretnym temacie, więc lokalna terminologia jest mi nie znana...
UsuńJa Ci wspolczuje, ze musisz tym autobusem z nimi ... to z pewnoscia dosc wesoly autobus:)) Moja corka ma tak jak ty. Ona woli komunikacje miejska , publiczne srodki trnasportu ( szczegolnie pociag) niz samochod... no i rower bardzo jej odpowiada.
UsuńRozbawiles mnie tym , ze to ludzie nie bedacy amatorami napojow wyskokowych tych z najnizszej polki. To, ze pija wodke nie swiadczy, ze stoja wyzej w danej hierarchii, bo moze pedza bimber, a jak dobrze go zaprawia to nawet nie smierdzi bimbrownia:)
Ale kurna chata- prawincja łoi, co?
Choc moze wroc, łoi byc moze tyle samo co nie prowincja, ale u nich jest to bardziej widoczne, bo nie maja jak schowac sie w tlumie:)
są sytuacje, gdy bez auta ani rusz, ale gdy nie ma konieczności, to wolę komunikację /daleką lub lokalną/, albo rower...
Usuńja widzę tylko, co oni popijają na przystanku i widzę to raz w tygodniu przez krótki czas, więc skąd mogę znać ich sposób, styl, czy ilość picia?...
ale generalnie, to w inne dni inne autobus obsługuje inne wiochy, tam się też zatrzymują wszystkie busy różnych lokalnych firm, a sama budka bywa nieraz punktem zbiórki spotkań towarzyskich... w zeszłym tygodniu musiała być tam niezła impreza nocna, bo pełno było szkła i przy mnie dopiero lokalne służby miejskie sprzątały teren...
a współczuć nie ma czego, nie dzieje się tam nic, co by mi sprawiało jakiś dyskomfort i na przystanku, i w samym autobusie...
Nie lubie smrodu gorzaly i jak zamknie sie ludzi w mniejszym pomieszczeniu , np.: autobusie , to ta won moze dobic:) najgorszy jest ten gorzalowy wydech na drugi dzien, dlatego srodki komunikacji lokalnych w takiej sytuacji raczej odpadaja o ile moge sobie na to pozwolic.
UsuńI co ci ludzie maja robic? Zadnych rozrywek na tego typu prowincjach. Do teatru daleko i z pewnoscia nie nawykli . Do kina tez nie blisko i w sumie po co tam skoro odbiornik tv w domu stoi... wychodzi na to, ze na przystanek trzeba i tam z kolegami przy czyms extra mozna pogawedzic o wazkich problemach:)
Spoko mysle, ze obraz tych prowincji sie zmienia a za jakis czas bedzie calkiem inny:)
trochę nie tak... te autobusy objeżdżają raptem kilka wiosek, na mojej poniedziałkowej linii dokładnie trzy, w każdej wsiada od jednej do czterech osób, czasem nikt nie wsiada, więc pojazd jest wypełniony dosłownie w kilku procentach... ale i tak nikt nie jest po kielichu... dopiero w drodze powrotnej ktoś tam, jedna, czy dwie osoby coś sobie chlapnie oczekując na autobus... gdy zdarzy mi się szybko wyrobić z zakupami i innymi sprawami, i zbyt wcześnie przyjść na przystanek, to też czasem sobie piwo otworzę... czyli problemu dechu nie ma... a cała droga to raptem kilka minut i w drodze powrotnej autobus najpierw jedzie do mojej wiochy... atmosfera jest miła, życzliwa, każdy każdemu pomoże wsiąść, gdy ktoś ma więcej rzeczy, a ludzie się tak nauczyli wsiadać, że każdy wie, kto dokąd jedzie i robi miejsce temu, kto wysiada wcześniej... ja na przykład w drodze powrotnej mam zwyczaj wsiadać na końcu, mam taką torbę z kółkami i plecak, to jak wsiądę to zawsze mam miejsce przy drzwiach, zostawiają mi...
Usuńaha, jeszcze czasem tak jest, że ktoś kogoś zabiera autem wcześniej, tak się ludzie czasem umawiają i tak się składa, że często właśnie ci "pijący" załapują, bo zabierają ich ludzie z ich wiochy...
z mojej wiochy skład jest zwykle stały, ja i jeszcze dwie panie, akurat nie pijące, za bardzo o czym nie ma z nimi gadać, takie tam small talks o pogodzie i tyle...
...
co ci wszyscy ludzie robią w czasie wolnym?... a co mnie to to obchodzi?... ja mam co robić, mimo że w samym miasteczku faktycznie rozrywek nie ma, nawet kina nie ma, jest tylko dom kultury i czasem fajne imprezy w weekend tam są, jakiś znany artysta przyjedzie... jest knajpa i kawiarnia, ale jakoś nigdy nie miałem okazji tych miejsc odwiedzić... jak jadę busem, to mam trzy godziny czasu do rozplanowania, a jak autem, to w konkretnej grubszej sprawie, np. pellet do pieca kupić, to czy ja myślę wtedy o knajpach?... jakieś zakupy się drobne robi najwyżej przy okazji tyle...
Tam na tych Mazurach wiele linii autobusowych polikwidowano. Do mojego wuja chyba nie ma zadnego autobusowego polaczenia. A wczesniej co godznie autobus ta jezdzil i to pelen.
UsuńLudzie dorobili sie samochodow i staja sie niezalezni, chyba i dzieci jest tam coraz mniej , bo wczesniej to te autobusy pelne mlodzezy byly, ktora do szkol do pobliskich miast jechala... teraz albo rodzice zawoza i przywoza, albo nie ma tych dzieciakow wiecej.
Wiem, ze starsi ludzie narzekaja , bo niektorzy z nich maja problem z dotarciem do miasta, np.: na wizyty do lekarzy... jak oni to teraz rozwiazuja, jak gmina im pomaga nie mam zielonego pojecia.
W naszym miescie , w tym, w ktorym sie wychowalam, bylo tak, ze komunikacja miejska jadaca na pobliskie wsie byla dofinansowywana przez miasto. Nowy burmistrz zazyczyl sobie rozlozenia kosztow dofinansowania tego transportu na osrodki gminne i zaczela sie wojenka , w wyniku ktorej niektorzy mieszkancy takich miejsc ( ci niemobilni) stracili mozliwosc dostania sie do miast. Pozostali wiec prywatni kierowcy i niewielkie busiki.
Wiadomo, ze nie bedziesz sie interesowal tym co ci ludzie robia w wolnym czasie... to bylo tylko retoryczne zastanawianie sie co mozna w takiej pipidowie robic? :)
Choc ludzie tam wiedza co robic maja:)
Powtorze za jotka - niezmiernie ciekawe!
OdpowiedzUsuńCo mnie uderza to fakt ze zawsze miejsce urodzenia, naszych pierwszych lat, bedzie tym najbardziej specjalnym.
Ciesze sie, ze sie Wam podoba:)
UsuńCos chyba jest na rzeczy z tym miejscem urodzenia jako z najbardziej specjalnym.
Dziadkowie kiedy mieli owa gospodarke to udalo sie im postawic z pracy na niej jeszcze dom w duzym miescie- w Toruniu. Z mysla, ze na starosc tam zamieszkaja, bo blisko do specjalistow wszelakich , bo miastowe wygody i ow plan ziscili.
Dziadek krecil nosem na te przeprowadzke, ale babcia jak zwykle parla. Zreszta ona na torunskich terenach z ta swoja astma ( a dusila sie dosc mocno) czula sie lepiej. Inny klimat- suchszy.
Dziadek pod koniec zycia zachorowal na demencje i .... wspominal non stop swoje mlode , dzieciece czasy , te z przed wyjazdu na Warmie i Mazury. Ciagle uwazal, ze nie jest w owym Toruniu u siebie, ciagle chcial wracac w warszawskie rejony. Rzadko wspominal czas na Warmii i Mazurach, choc przezyl tam ponad polwe swojego zycia i to mlodego zycia.
Czyli wychodzi na to, ze dziecinstwo nas mocno okresla.
Czytałam sporo o tych terenach ale - nigdy nie byłam na Mazurach. A w domu (hodowałam się od 4 roku życia u rodziców mego ojca) ciągle słyszałam opowieści babci o Lwowie, bo to było jej rodzinne miasto, a od dziadka opowieści o Żninie (tam się urodził) i o Wiedniu, bo tam studiował, no a tych opowieści słuchałam w zrujnowanej Warszawie i do dziś pamięć tych ruin mnie prześladuje. Dziadkowie kilka lat przed wojną zamieszkali w Warszawie bo tu dziadek dostał b. dobrą pracę.W pewnej chwili władza ludowa wymieniała stare dowody osobiste i babci w dowodzie jako miejsce urodzenia wpisano Lwów- ZSRR. Do dziś pamiętam, że przez wiele tygodni słyszałam codziennie narzekania babci i płacz jak oni mogli wpisać że ona urodziła się w ZSRR. Wojna wiele spraw nawywracała do góry nogami, część rodziny ze Lwowa w ramach przesiedlania osiadła we Wrocławiu.
OdpowiedzUsuńWiesz? Kiedy pisze tego typu posty , o migracjach, emigracjach to niechcacy mi sie wlasnie owa wojna przez mysli przewija, ze jak ona potrafi ludziom zycie do gory nogami wywrocic. Komus sie nie podoba cos , wywoluje wojne i probuje swiat ustawic pod siebie i swoje idee... a inni musza "tanczyc" tak, jak ow ktos sobie zyczy. I niby jakim prawem?
UsuńMoj ojciec tez mial w polskim dowodzie wpisane miejsce urodzenia z adnotacja ZSRR. Chyba nie rozpaczal... przyjal to i koniec, bo co zrobisz, jak nic nie zrobisz? ( "co zrobisz, jak nic nie zrobisz" to powiedzonko jednego z kabaretow)
Nosicielem wiedzy o rodzinie ojca jest jego najmlodsza siostra ( sama juz zostala) ,o rok mlodsza od mojej mamy. Ojciec jak to mezczyzna niezbyt chcial opowiadac o tym co bylo, zas jego siostra jakim dziwnym trafem traktuje te wiedze jako cos tak wyjatkowego , jakby to nie bylo dla wszystkich. Trzeba od niej informacje wyciagac. Mysle tez, ze oni tam moze wyrosli w takim srodowisku, ze im mniej sie mowilo o sobie, tym mialo sie wiecej spokoju. Ojciec zdal mature na Litwie i zdecydowal sie w jednej z repatriacyjnych fal przyjechac do Polski. Raz sie przyznal, ze tam glod byl, ale kiedy chcialam o owym glodzie poczytac to zadnych wzmianek w literaturze fachowej nie odnalazlam. Mowil, ze wszyscy w tych kolchozach mieli tak samo , ze pchalo sie zywnosc na miasta aby do rozruchow nie dochodzilo, a wioski zyly tak, aby przetrwac, wiec ojciec sie wymiksowal. Za nim przywedrowaly siostry , dwoch braci i matka. Jego ojciec zmarl na Litwie, czasami jezdzimy na groby. Poniewaz odmawial zapisania sie do kolchozu, wiec go wyslano do kopalni w Kazachstanie ( dosc typowy los ludzi tamtych czasow) , podleli mu jakims kwasem piekny sad i takie tam... Dziadek byl w tej kopalni jakis czas ( nie mam pojecia dlaczego calej rodziny nie wywiezli), okolo dwoch lat i wrocil do domu, ale dlugo po tym doswiadczeniu nie pozyl. A ciotka opowiada , ze stal sie troche innym czlowiekiem.
Przed wojna studia w Wiedniu to bardzo elitarna sprawa:) Mialas wyksztalconego dziadka:)
Na jednym z bogów autorka zachwycona swoim miasteczkiem (ziemie odzyskane) w pewnym momencie napisała o spotkaniu ze staruszką pamiętającą to miesteczko jeszcze sprzed wojny. Zdziwiło ją jednak to, że ta staruszka mówiła do niej po niemiecku. Zauważyłam, że może dlatego, że przed wojną były to tereny niemieckie. Blogerka bardzo się zdziwiła.
OdpowiedzUsuńA historię trzeba znać, bo, chcemy czy nie, ona ma większy lub mniejszy wpływ na teraźniejszość. Zostawiłaś już tam swój ślad :)
Ciekawe czy ta blogerka troche nie sciemniala, ze mieszkala na ziemiach odzyskanych... bo taka ignorancja w zwiazku z wiedza kto tam wczesniej zyl jest rzadko spotykana.
UsuńTez tak uwazam z owa historia. Ona nie tylko wplywa na nasza terazniejszosc, uczy tez zyc i wyrabia przezornosc:)
Nie "bogów" a "blogów"...wrrr... :)
UsuńNie, nie ściemniała.
Nie przejmuj sie brakiem literki, wiemy o co Ci szlo. :)
UsuńSama nie wiem juz, jak ci ludzie sie edukuja.
"Ojciec zwracal sie do niej w drugiej osobie liczby mnogiej :..."
OdpowiedzUsuńna Śląsku jest to wciąż praktykowane; przez szacunek :)
młody sąsiad też zwraca się do mnie "za dwoje";
dejcie; mocie; przydźcie...etc.
a ja nie wiem jak do niego mówić? po imieniu? czy na per pan?
W Nysie spotkałam starszego Lwowiaka [już nie żyje], który ze łzami w oczach opowiadał mi, że siłą wywieźli go na te ziemie "wycyckane" [odzyskane] i trafił gdzieś na wieś pod Nysą.
Mnie tułaczy los [nie wojna] przeczołgał po kraju;
ze smutkiem i rozgoryczeniem powtarzałam sobie ;
"dla chleba, Panie, dla chleba, strony rodzinne opuścić trzeba".
Jestem tutaj już 50 lat, wyrwana z korzeniami, lecz nie przyjęłam się w tym miejscu ;
tęsknota w sercu za rodzinnymi stronami zżera mnie od środka. Nawet tu grobów bliskich mi osób nie mam.
Tułaczy los mi nie służy.
pozdrawiam Aisab
Na wschodzie forma zwracania sie z szacunkiem do kogos jest forma drugiej osoby liczby mnogiej. Na zachodzie zas trzecia osoba i gdybysmy chcieli doslownie to przetlumaczyc to wygladaloby to mniej wiecej tak ( kurcze az mi sie mozg zalsowal aby to doslownie przetlumaczyc) :
UsuńPrzychodzisz do lekarza a on zadaje kurtuazyjne pytanie w czym moglby ci pomoc i Pyta mniej wiecej tak" W czym moglbym jej pomoc?", "Jaka miala ona temtperature dzisiaj rano?", albo w sklepie "Co moge jej podac?"
Tak to mniej wiecej brzmialoby gdybysmy pokusili sie o doslowne tlumaczenie. Dlatego tez najpopularniejsza forma zwracania sie u nich jest mowienie sobie na "ty". W rodzinach to juz w ogole: matka, tesciowa, wujek... wszyscy "ty", a taka bardzo nowoczesna metoda jest mowienie sobie w rodzinach po imieniu bez znaczenia czy to mama, babcia, tesciowa.
I byloby wtedy tak, tak moglby wnuk do ciebie sie odzywac. "Basiu dasz mi czekolade?"
Mojemu mezowi to sie nie podoba, bo slyszal raz jak pasierb do jego brata po imieniu jak koledze i ... jakos nie bardzo brzmialo mu to w uszach.
Wiesz? Ja przeprowadzki w obrebie danego panstwa do innego miasta czy regionu wcale nie uwazam za opuszczenie rodzinnej ziemii. Wyjazd do innego kraju, zetkniecie z innym jezykiem, nauka innego stylu zycia to jest wyzwanie.
Zdaje sobei jednak sprawe, ze kiedys ludzie byli bardziej przywiazani do okrelonego miejsca.
W moim bloku w Polsce mieszkalo malzenstwo. On wprowadzil sie do niej z miasta oddalonego o 25 km. Co to jest to 25 km w obecnych czasach? To jest nic. A on ciagle mial poczucie jakby byl u obcych i tak sie w stosunku do nas zachowywal ... ten obszar 25 km dalej od nas byl troche inny historycznie, ale zeby az tak? Zeby az tak uwazac swoja przeprowadzke jako oddalenie sie na drug kraniec swiata to ja nie pojmuje:)