niedziela, 2 lutego 2014

Mam dosc!

Nie wiem co to jest, jak to sie dzieje...moze faktycznie ktos nakluwa moja laleczke voodoo, bo wszedzie mi sie pierniczy. Opacznie sa rozumiane moje slowa...nie, nie...nie pierniczy mi sie w pracy, ale atmosfera z innych powodow jest do bani. W swiatku blogowym zas syf.

Widujemy sie z Martinem rzadko. On pracuje niby mniej. Ja , jak na kobiete, bardzo duzo. Nie widujemy sie z powodu naszych zmian. Z jednej strony cieszymy sie , bo mozemy zapewnic opieke dla Marie. Nie potrzebujemy nian, tesciowa jest proszona o pomoc sporadycznie. Natomiast kiedy biega o zycie malzenskie- lezy totalnie. Kiedy on ma na rano, wtedy ja na poobiedzie. Wstaje rano, go juz nie ma...prowadze Mala do prezdszkola, gotuje obiadki, wtawiam pranie...siedze se w kompie- bo przeciez meza nie ma, wiec z kim mam pogadac? Nie daj panie z tesciowa. Czytam ksiazki. Wychodze do pracy- Martina jeszcze nie ma. Mijamy sie ....On odbiera Dziecko z przedszkola, jezdzi z Mala do szkoly tanca, prowadzi na basen...Wracam do chaty, jest prawie 23.00 - maz spi, coby rano wstac na 6.00. Siedze znowu w kompie - (wypierdzielic ten net w powietrze) i wchodze w niepotrzebne dyskusje z blogerami, ktore zaczynaja przeksztalcac sie w karykature komunikacji miedzyludzkiej.
Kiedy ja mam na rano, to Martin ciagnie poobiedzia i...sprawa z naszym widzeniem sie wyglada podobnie. Mam jeszcze nocne zmiany. Czasami dostajemy od zycia rarytas. Czyli ja po nocnej zmianie, wchodze do domu z bulkami, zakupionymi w piekarni po drodze, jezeli Martin ma na rano, to wiadomo, ze go nie ma ( jezeli na poobiedzie, to tez sie nie widzimy). Prowadze Mloda do przedszkola.... i ide spac. Po obiedzie wraca maz, Dzieciaka odbiera z przedszkola. Ja sie budze, dochodze do siebie i ...mamy jakas tam namiastke zycia rodzinnego. Kiedy maz podczas moich nocnych zmian ma na poobiedzie wtedy znowu historia sie powtarza. Do poludnia spie, po obiedzie go nie ma. Rozmawiam ze soba metoda karteczek. Piszemy sobie rozne rzeczy. Informujemy sie jak minal dzien. Jedyne chwile razem, to niedziele. Nie pamietam wolnej soboty:))

Marie mi krzyknela ostatnio, ze mam zmienic prace, albo przestac pracowac, bo to chore....No tak, ale...przestac pracowac to znaczy miec na chleb li tylko, teraz zas reperuje na tyle budzet rodzinny, ze mamy na chleb z okladem. Oj to zycie...... sa tez tygodnie kiedy Corke widuje tylko rano ( wlasnie te poobiednie zmiany). Ostatnio szef nasz powiedzial, ze on z nami spedza wiecej czasu niz z wlasna zona. Kaszana!

Gubie sie, gubie cos po drodze...

2 komentarze:

  1. U nas takie mijanie się trwa już ponad 3 lata. Czasami ciężko, zwłaszcza jak sobie człek zda sprawę ile go omija. Świętem jest wspólny posiłek czy choćby spacer we trójkę. Ale takie życie..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I chyba tak wlasnie zyja ludzie pracujacy i majacy rodziny, czyli... standard:)) Przykre to:)

      Usuń

Drogi Czytelniku. Prosze podpisuj sie. Komentarze anonimowe nie beda publikowane.