Razu pewnego przeczytalam na jednym blogu ciekawy komentarz. Przyznam , ze zainspirowal mnie... Kobieta emigrantka z Polski pisala w jaki sposob uswiadamia swoich klientow Amerykanow, ze nie zyja w demokratycznym panstwie. Mowi im prawde, bez sciemy, zaprzeczajac typowym propagandowym haselkom, ktore rozpowszechniane w mediach wbijaja sie przecietnemu mieszkancowi Ameryki Polnocnej w glowe i zyja potem wlasnym zyciem. A jakim zyciem? Ano takim, ze uwazaja oni siebie za ostoje demokracji, dostatku, praworzadnosci. Wiekszego raju niz ich podworko nie znajdziecie.
Cos w tym jest. Kraje, w ktorych jest sporo emigrantow maja takie wlasnie mniemanie o sobie: "Jestesmy super, wszyscy sie do nas drzwiami i oknami pchaja. Gdyby tu tak zle bylo to nikt by sie u nas nie chcial osiedlic". Zachod ma roznie, inaczej...co wedlug mnie nie oznacza lepiej, czy gorzej po prostu inaczej. Raju na ziemi nie ma nigdzie. Kraje pretendujace do owego miana maja niewatpliwie lepiej pod wzgledem materialnym i tylko dlatego ludzie do nich ciagna. Wala aby poprawic swoje warunki bytowe. Oczywiscie, ze nalezy wziasc pod uwage tych nawiewajacych z obszarow wojennych, ale to juz cos calkiem innego. Wydaje mi sie, ze ci poszukujacy pokoju to nie az taki odstetek jak ci, ktorzy poszukuja chleba.
Mniemanie owo powoduje, ze w rozmowach z przecietnym autochtonem powinno sie unikac porownan typu: " A w moim kraju to chlebus sie w ustach rozplywal...", bo mozna absolutnie nie otrzymac zrozumienia zas riposte w postaci "To po co tu przybyles , skoro u ciebie chlebus byl taki miam, miam?". Autochtoni nie chca sluchac,ze u nich moze cos nie grac w porownaniu do innych. A przeciez wiadomo jak jest. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Chlebus nie smakuje jak domowy, ale w audi jedzie sie lepiej niz w polskiej syrence. Ludzie tesknia za miejscami ktore opuscili, za smakami, ktorych na obczyznie brak.... tesknia za przyjaciolmi z dawnych lat, za innym rodzajem goscinnosci.... A juz w ogole autochtoni nie lubia kiedy krytykuje sie ich system gospodarczy, prawny, polityczny. Niby krytyka tutaj gdzie przebywam uwazana jest za cnote, ale....
Wczoraj w pracy rozgorzala dyskusja na temat slow politykow CSU z Bayern ( Bawaria), ktorzy uwazaja ze obcokrajowcy mieszkajacy w Niemczech powinni w swoich rodzinach rozmawiac po niemiecku.
„Wer dauerhaft hier leben will, soll dazu angehalten werden, im öffentlichen Raum und in der Familie deutsch zu sprechen”. Kto chce zyc tutaj na stale, powinien byc zachecany do rozmow po niemiecku w przestrzeni publicznej i w swojej rodzinie.
Chodzilo najprawdopodobniej o lepsza integracje.
No i sie zaczelo. Obcokrajowcy podczas przerwy, czujac sie zacheconymi do owej integracji, poczeli nawzajem uczyc sie swoich jezykow:
- Chleb? A jak to bedzie po wlosku?
-A po rosyjsku?
-Hej Max, a jak to bedzie brzmialo w waszym?
Oczywistym jest, ze jezykiem podstawowym naszego porozumiewania sie byl niemiecki.
Niektorzy nie ukrywali oburzenia:
-No tak. Rozumiem, przestrzeganie tutejszego prawa, postepowanie tak, jak nalezy w pracy, mowienie po niemecku w urzedach, w szkolach... Tak byc powinni, to sie rozumie, ale zeby mi ktos mowil co mam we wlasnym domu robic??? Niepojete.
Co na to Niemcy? Martin uderzyl w ton, ze to jakies okropne nieporozumienie, ze w sumie koncepcja jest niezla, ale moze nie tak przedstawiona jak nalezy.... ze przeciez nikt nikomu nic nie bedzie w tej dziedzinie narzucal, to malo prawdopodobne. Tesciowa stwierdzial, ze wypowiedz owej partii byla troche nieszczesna, bo to tak, jakby wszystkich Niemcow nagle jezykowo ujednolicic i przerzucic na Hohdeutsch. Zabronic im ich dialektow, a sa oni z nich dumni i kazdy land dba o swoj odcien niemieckiego, szczyci sie nim , pielegnuje.... Pozostale wypowiedzi sa rozne. Starsze pokolenie z reguly wychodzi z zalozenia, ze jezeli ktos zyje w danym kraju powinien perfekt poslugiwac sie danym jezykiem, wiec rozmowy w owym jezyku w domu powinny byc jak najbardziej wskazane. Mlodzi z zas w wiekszosci krytykuja bawarskich politykow i uwazaja ich wypowiedz za bzdurna.
W zwiazku z jezykiem. Przypomniala mi sie tegoroczna anegdota z Marie w tle. Wiecie juz, ze Mloda spedzila w tym roku wakacje w Polsce. Ponad dwa tygodnie bez mamuski i tatuska, pod czulym okiem cioci i babci. Tata przyjechal ja odebrac. Pobyl tam przy okazji tydzien. Raz Mala cos przeskrobala. Tata ja wzial na bok i opierdzielal. Marie sluchala, sluchala... po czym wziela sie pod boki i odparowala:
-Tutaj jest Polska i masz mowic po polsku. - Wiadomo, ze zadaniu rodziciel by nie podolal, czyli jednym slowem, skoro nie umiesz to zakoncz opierdol:))
I tak jeszcze w temacie polityki i ogolnie w temacie, ktory poruszam. Zniknal z przestrzeni publicznej Xavier Naidoo- wiecie o kogo chodzi, pisalam o nim kiedys. Byl trenerem w programie "Voice of Deutschland". Jest znana twarza niemieckiej sceny muzycznej . Ostatnio niewiele go w mediach poza internetem. Myslalam, ze urlop sobie zrobil albo inne cosik. Zaczelam poszukiwac i ...kto szuka ten znajduje. Niegrzeczny to chlopczyk, niepoprawny politycznie.
W Dniu Niemieckiej Jednosci (3 pazdziernika) wyskoczyl z tekstami, ze Niemiecka Republika Federalna jest jak duzej skali Truman Show. Zachecal publicznosc do myslenia. O amerykanskim 11 wrzesnia powiedzial, ze ten kto wierzy w oficjalna wersje wypadkow ten ma po prostu opaske na oczach. Mowi sie, iz racjonalna krytyka systemu jest dzisiaj pilniejsza niz kiedykolwiek: nierowny podzial bogactw, nieludzka polityka wobec uchodzcow, postepujace ocieplenie albo inteligentny nadzor.... i ludzi typu Naidoo trzeba po prostu cenic.
Nie wiem, czy otworzycie...dajcie znac czy mozecie zapodany teledysk odtworzyc. Xavier Naidoo:
"Uzmyslow sobie, ze to co jest obiecywane moze zostac niedotrzymane.
Za wyjatkiem tych, ktorych sie kocha. Za wyjatkiem tych, ktorych sie nienawidzi.
"Polityka nie jest wszystkiemu winna"- to jest oczywiscie brednia. Pozbawiona winy ci ona nie jest, a niektore jej bledy sa razace.
Nikt z nas nie bedzie z pewnoscia utrzymywal, ze jest bezbledny i nie robi czasami gnoju.
Chce tylko jasno powiedziec, tak aby nikt tego nie zapomnial, ze piosenki z tego albumu zaprowadza wielu przed sad. A beda nimi ci, ktorzy nas zwodza. A beda nimi ci, ktorzy nam groza. A beda nimi ci, ktorzy nas oszukuja.
Ta wojna nie jest przegrana. Dlatego spiewamy , po to sie urodzilismy, dlatego dzwieki z tych instrumentow przebijaja sie do waszych uszu.
Iz On- znaczy tyle co "dosc".
Iz On- nie siedz z zalozonymi rekoma.
Iz On- znaczy, chlopaki odpieramy.
Iz On- znaczy, ze zwierz staje sie grozny ( obudzi sie w nas zwierze, zwierz urosnie).
Iz On- znaczy, ze bestia otrzyma dodatkowy smiertelny cios.
Iz On- przyniesie to, na co czekalismy tak dlugo.
To, co wydawalo sie nam wazne zapakowalismy w muzyke. Ale przetestujcie ( zrecenzujcie) nas lepiej dwa razy, czy poprowadzi was to do prawdy (czy sluzy to prawdzie).
Jestesmy tylko ludzmi i z pewnoscia nie jestesmy nieomylni. Takie prawo rosci sobie papiez, a ze nie jest ono prawda, to jasne....."
da się otworzyć
OdpowiedzUsuńpozdrawiam!
Dzieki za wiadomosc. Rowniez pozdrawiam:)
OdpowiedzUsuńtak to jest,lepiej niektórym na Zachodzie,ale tęskni się za tym chlebusiem...co do rozmów językowych...na pewno miło by było to widziane,ale zauważyłam np.,że turyści u nas,mają problem z językiem polskim,nawet młodzi...ale nasz język trudny jest...te chrząszcze brzmiące w trzcinie i inne...haha
OdpowiedzUsuńZapiski fonetyczne wypowiedzi Benedykta XVI po polsku:
Usuń"Fonetyczny zapis papieskiej wypowiedzi po polsku wygląda następująco: Serdetschnje posdrawjam Polakuf. Sblischa schje urotschistoschtsch Wschistkich Schwjentich. Dschenkujeme Bogu sa schwjatkuf wiare, ktusche sa dschitcha beli sjetnotscheni z H:ristusem w miwoschtschi, a dschisch utschestnitschoung wjego h:wale...."
Wzielam to stad
http://info.wiara.pl/doc/155308.Watykan-Jak-Benedykt-XVI-mowi-po-polsku
Nasz jezyk Krakowianko jest szeleszczacy, sz,cz, dz, ś,ć....
Kiedys napisalam kilka slow powitania po polsku dla pewnego organizatora miedzynarodowych spotkan hobbystow. I on wymawial to wszysrto tak, jak papiez lamiac sobie niemilosiernie jezyk.
Nasz jezyk w uszach obcokrajowcow to twardy szelest.
Znajomi w Polsce smieja sie czasami z mojego eMa, nasladujac jego sposob mowienia po polsku...bawi ich to po prostu.
- No to Marysza chodz.- Mowia tak jak tata do Marie.
A Marie ostatnio zaczela nasladowac polski taty, tata ja czasami przedrzeznia, i Mala mu oddaje mowiac. " Mama ja chce tulacz ( przytulic sie) ":)))
Marie fajnie to wszystko załapała...;-)
UsuńMarie jest najlepsza :-)
OdpowiedzUsuńTez tak uwazam:))
UsuńJa nie mogę otworzyć, ale to wina mojego kompa. Też uważam, że Marie jest najlepsza ;-). Nie wiem jak powinno się mówić w domu... u nas w Polsce pewnie po polsku, ale ja chcę też by dzieci słuchały ojca mówiącego po angielsku, więc tu nie ma jednego wyjścia - trzeba mieszać i już ;-).
OdpowiedzUsuńChodzi o to, ze nie mozna ludziom narzucac jezyka jakim powinni porozumiewac sie w domu. Jest bardzo wielu obcokrajowcow, ktorzy w jezyku kraju, do ktorego sie przeniesili mowia niewiele, tyle o ile....wiesz w sklepie zrobisz zakupy w markecie, duzo mowic nie trzeba. lekarza wybierzesz sobie rodaka , z reguly ludzie tak robia, bo porozumienie z lekarzem to jednak wazna sprawa... w urzedzie cos tam wydukaja, jezeli beda musiec a urzednicy sa nastawieni na pomoc petentowi. Wazna sprawa aby w rodzinie ludzie sie dobrze rozumieli, a rozumieja sie dobrze, kiedy mowia swoim wlasnym "narzeczem", nie mozna im tego odciac, albo prawnie "zalecic", aby gadali w jezyku kraju do ktorego przybyli.
UsuńJa bardzo chce i staram sie aby Marie byla dwujezyczna. Jak znalazl potem ...ile trudu mniej w byciu "swiatowcem" :)))
Ty mozesz swoich chlopakow nauczyc polskiego ( podstawa), angielskiego- no bo musza sie z ojcem porozumiec...dobrze by bylo gdyby ojciec zadbal jeszcze o to aby synowie mowili jego jezykiem rodzinnym:))
Masz mądrą córkę :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam ciepło
Madra i , jakby to nazwac (?) Inteligentnie cwana?
UsuńRowniez pozdrawiam cieplo:))