Nie wiem jak pisac. Czy moje "tu" to moj dom, czy moje "tam" to moj dom? Na emigracji przebywam 18 lat- poszedl mi juz 19 rok poza ojczyzna i ... nie wiem czy to jeszcze obczyzna, czy juz nie ... czy na odwrot?
W kazdym badz razie dwa narody, wsrod ktorych przyszlo mi egzystowac sa jak ogien i woda, czy tez jak woda i ogien... roznimy sie. Inne ideologie nas ksztaltowaly.
Niemcy sa blizej natury. Bilzej czego sa Polacy? Polakom blizej do nierzeczywistosci. Polacy potrzebuja walki jak kania dzdzu. Wystarczyly dwa zablakane pociski uderzajace w polski silos, w jednej z przygranicznych miejscowosci, a rodacy w ojczyznie zaczeli mowic wspolnym jezykiem. Nawet politycy przeciwnych partii potrafili w danej sprawie sie porozumiec i zawiesic bron.
Przykre to... bylismy tacy zawsze... odkad pamietam lekcje historii. Jakie jest tego zrodlo? Etos sarmacki? Nawet jezeli to okropnie wstrzymuje ci on nasz rozwoj jako narodu.
Jestesmy "przejsciem" ze wschodu do zachodu. Wschod mowi o nas, ze jestesmy inni ale nie calkowicie zachodni. Zachod jest jeszcze bardziej zachodni.
Bylam dzisiaj na zakupach. W sklepach zostawiam wiecej kasy niz wczesniej. Paragony zaczynaja mnie przerazac. Ziemniaki - 2 kg siatka- cenowo roznia sie w sklepach bardzo. Trzeba kupowac u rolnikow. Tam srednio kilogram ziemniakow wychodzi jakies 1 euro. Pojechalam wiec do jednego takiego. Trzeba sie bylo dobre 20 km przemiescic. Powiadaja , ze najzdrowsza dla nas zywnosci to ta produkowana do 30 km liczac od miejsca naszego zamieszkania. Czyli cytryny nie z Hiszpanii, a od rolnika z pobliza:) Podobnie z arbuzami, mandarynkami i brzoskwiniami.... o baklazanach nic nie wspominajac. Poza tym powinnismy jadac sezonowo. To co w danym okresie zbiera sie z pol.
Pojechalam po te ziemniory, ale troche musialam nakolowac, bo drogi w naprawie. Uwielbiam te pore roku kiedy na dodatek swieci slonce. Jest przepieknie kolorowo. Cudnie.
Dojechalam do rolnika a on jak zwykle zajety sprawami w obejsciu. Nawet nie wiem jak ten chlop wyglada. Poza tym jest to rodzinny interes i czasami nie wiadomo czy to szef po podworku przemknal , czy syn szefa, czy ziec... Najechalo sie troche klientow. Zawartosc jego przydomowego sklepiku prezentuje sie nastepujaco:
Widziala to kiedys moja polska kumpela, przybywajaca do mnie w odwiedziny.
-Nie. W naszym narodzie taki sposob kupowania by nie przeszedl. Przeciez to trzeba miec niesamowite zaufanie do ludzi. A i ludzie musza byc ku temu wychowani.
Nie wiem czy w Polsce teraz by to przeszlo, czy by nie przeszlo. Zdaje sobie sprawe, ze takiemu sprzedawcy worek ziemniakow , czy tez dwa ktos zawsze podprowadzi. Wlasciciel tych dobr tez zdaje sobie z tego sprawe, ale to chyba funkcjonuje ( w mysleniu) tak, jak widzialam w USA: " Jezeli ktos jest potrzebujacy a nie ma pieniedzy.... niech wezmie. Nie ma o co kruszyc kopi."
Niewatpliwie zmienilby sprzedawca zdanie, gdyby wszyscy stali sie nagle potrzebujacy i podpierniczaliby mu towar nagminnie.
W Stanach widzialam niejedna scenke, kiedy to bezdomny wchodzil do sklepu. Rozgladal sie a potem buchal kanapke, piwo, salatke. Ekspedient cos tam krzyknal za wychodzacym, ale to nie bylo nic groznego... ot po prostu: " Trzeba sie w takim srodowisku liczyc z pewnymi stratami". Nikt nikogo nie gonil. Nikt na nikim nie wieszal psow. Nikt sie zbytnio nie bulwersowal. W jednym ze sklepow sprzedawczyni probowala nie patrzec w kierunku wchodzacego bezdomnego.
Mialysmy tam tez takie zdarzenie, kiedy to po zakupach ciuchowych, objuczone torbami ze sklepow firmowych weszlysmy do baru przy hotelu... wypatrzyla nas jakas potrzebujaca niewiasta. Wpadla za nami i zaczela prosic, ze w domu ma trojke dzieci. Musi miec 20 dolarow aby zrobic im kolacje. Nie wierze, ze w Stanach dzieci gloduja, ze rzad danego kraju do czegos podobnego by dopuscil.
Ona mnie tu naciska na te 20 dolcow. Chlopak stojacy za lada prosi ja ladnie aby zostawila klientke- daje jej w sumie przyzwolenie na cisniecie, bo nieskutecznie prosi, bez przekonania w glosie, flegmatycznie. Zwraca sie do niej bardzo kurtuazyjnie... widac, ze mi pozostawia decyzje w tej calej dziwnej sytuacji. Ja zas podeszlam do sprawy tak, jak widzialam to tu, gdzie obecnie przyszlo mi zyc: " Dam ci polowe, do twojego biznesu". W Niemczech tak robia czesto. Chociazby w rodzinach do dzieci:" Chcesz na klasowa wycieczke to pokaz mi , ze polowe kasy na nia uzbierales, doloze ci wtedy drugie pol."
Moja Maryska ( Marie) z tata w podobny uklad weszla. eM kupil jej ajfona, ale kase za niego musi corka zwrocic. Nie wiem ile procent jej dolozyl. Wiem tylko , ze roznosi dziecie nasze w tej intencji gazety i robote zakonczy w styczniu. Mysle, ze cos jej eM odpalil. Nie wnikalam w ten uklady finansowy. Cieszac sie, ze to nie ja musialam sie owa sprawa zajac i podejmowac decyzje o wybuleniu na nowy model komorki. Ja w tych sprawach ( corczano matczynych) jestem miekka. Dobrze, ze maz wzial to na siebie.
Wracajac do sprawy ziemniaczanej. Kupilam tez dynie pizmowa -wszak to dyniowy sezon- jutro zrobie z ryzem. Po czym obrocilam sie i poszlam po mleko. Tutejszym rolnikom nie wolno otwierac kadzi. Ilez musial ow rolnik zainwestowac, aby sprzedawac ludziom mleko prosto od swoich krow ?
Tu juz obsluga na automat. Trzeba wrzucic monete.
Pojechalam tylko po jedno a wrocilam z dynia , mlekiem.... i pelnym bagaznikiem. Jutro zabieram sie za zmiane dekoracji kwiatowej przed domem. Kwiaty letnie jeszcze kwitna, jeszcze dysza... ale widac , ze czas ich swietnosci minal.
Panie spraw, abym z zakupow wracala tylko z potrzebnymi rzeczami!





