środa, 22 stycznia 2014

Grzegorz Brzęczyszczykiewicz.



Ostatni post u Smurffa natchnal mnie do opisania pewnej mojej, naszej ( Martina i mojej ) przygody z policja. Opisywalam to na onetowskim blogu, ale przepadl, wiec powtorze, bo zalinkowac nijak sie nie da.

Bylismy jakies 2 lata po slubie. Sporo w tamtym okresie podrozowalismy do Polski. Troche mi sie cknilo za pozostawionymi ludzmi i miejscami. Martin tez lubil te wypady...zawsze to cos innego, nowego. Poniewaz sporo kilometrow przewalalismy, a podroz do Polski to nie pestka, wpadlismy na pomysl, aby zakupic jakis stary, niedrogi woz. Postawic go w Polandii. Latac samolotem, skarcajac czas podrozy ( czesto bilety lotnicze byly tansze niz paliwo), a u celu miec pojazd coby sie nam poprzemieszczac po kraju pozwolil. Stalismy sie (tzn. ja sie stalam) posiadaczami 12 letniego forda.
Razu pewnego, bedac akurat w moim rodzinnym kraju, mama zaczela nas nakrecac do odwiedzenie mojej siostry mieszkajacej w duzym miescie oddalonym okolo 160 km od Ostrody. Chciala pozbyc sie kilku jej ciuchow. Wpakowac nam to do auta... dzieki czemu w mieszkaniu ubylo by pare gratow. Nie czekala dlugo. Namowic dalismy sie od reki. Zaladowalismy samochod i jazda. Po drodze zahaczylismy o Mac Donalda zakupujac porcje frytek i cole- wiadomo , odzywiac nalezy sie zdrowo. Nie robilismy postoju. Zjesc zamierzalismy podczas jazdy.
-Tutaj, za tym pagorkiem czesto stoja psy. - Belkotal Martin z buzia pelna frytek. Polskie okreslenie na policjantow znal doskonale, w koncu zone mial Polke. - Musze spuscic noge z gazu. Kiedys wracalem akurat od ciebie i mandat w tym miejscu zarwalem.
Powiedzial, ale czy zrobil tak, jak mowil? Pojecia nie mam, bo na zegar odmierzajacy predkosc nie spojrzalam. Wyjezdzamy zza gorki...a tu ...ups! Slonce w oczy nam zaswiecilo i pomaranczowy, czy tez czerwony lizak dal znak aby zjechac na pobocze.
- Gowno!- Syknal Martin.- Przeciez spuscilem noge z gazu! Sama widzialas.
-Nie widzialam.
-Jak to? Mowilem przeciez, ze oni tutaj czesto stoja i ze musze zmniejszyc predkosc.
-Mowiles, ale nie zerknelam czy to zrobiles.
-O boze! O boze!...- Poddenerwowany malzonek wyciagnal papiery i ruszyl w kierunku wladzy. Dziwne, bo na zachodzie wladza podchodzi do zatrzymanego. Truchtajac podazylam za nim.

- Nie jechalem tyle!- Wkurzony maz tlumaczyl policjantom.
-Co on mowi?- Dopytywali sie chlopcy radarowcy.
-Mowi, ze nie jechal tyle.- Przetlumaczylam.
-Aha!? Tyle tzn ile?- Dociekliwie zagaili drogowcy.
-Tyle za ile go zatrzymaliscie.
- Kazdy zatrzymany tak mowi. Mozna bylo 50 , mial na liczniku 70.-Komentowali rzeczowo i pokazali policyjny radar.
-Macie stary sprzet.- Burzyl sie Martin. - Gdzie tu przebieg mojej jazdy? Moje numery rejestracyjne? Mozecie mi na tym sprzecie wcisnac kazdy kit. Moze zachowaliscie pomiar z poprzedniego auta?
-Co on mowi?- Padlo znowu.
-Mowi, ze byc moze robicie go w konia. Macie przestarzaly sprzet.
-Niech on sie tak nie stawia.-Przestrzegl jeden.
- Martin plisss...spokojnie. Wez oddech...-Prosilam meza.- Nie czupurz sie. Potrzebne ci problemy w obcym karaju z prawem?- Martin oburzony odwrocil sie i poszedl do samochodu.

- Panowie. - Probowalam jak umialam.- Nie bardzo chce mi sie wierzyc, ze on jechal tyle, ile wy podajecie, bo.....- zawiesilam glos, szukajac jakiegos sensownego wyjscia z danej sytuacji- nam inni kierowcy dawali znaki swiatlami, ze tu stoicie. Debilem trzeba byc, aby to zlekcewazyc. Nie byliscie dla nas zaskoczeniem. Zaskoczylo nas tylko to, ze jednak musielismy zjechac na pobocze. - Moi rozmowcy zaniemowili. - Poza tym.- Kontynuowalam.- On jest troche wzburzony, wiec calkiem mozliwe, ze za moment wcisnie gaz i...zostawi mnie wam na karku, a blisko do domu to ja nie mam.
- Nic z tego. Wypisujemy mandat.- Zakomenderowal straszy spuszczajac lekko z tonu.- Wszyscy zatrzymani nie sa zadowleni i probuja nam wmawiac, ze tyle to oni w zyciu, a gdzie tam, jak to mozliwe...
- E...nie przesadzajcie. Nie zdarzylo wam sie nigdy spotkac takiego, ktory od reki wyjal dokumenty i bez gadania przyznal sie do przekroczenia predkosci?
-Hm... kilku by sie znalazlo.
-No wlasnie. Nie taki swiat straszny panowie, jak go maluja. Do sedna jednak, ile to bedzie kosztowac?
-200 zl.- Odpowiedzial mlodszy i wyjal bloczek z mandatami.
-O kurcze!!!! 200 zl!? Tacy drodzy jestescie?
-yhy.
-To moze wypiszcze mi mandat kredytowy. Zaplace po dojechaniu do bankomatu. Gdzies na poczcie dokonam wplaty. Kurcze 200 zl! No nie mam, a musze jeszcze zatankowac.- Mysle, ze Bog wybaczy mi te drobne klamstewka.
-Kredytowy mandat w jego przypadku nie wchodzi w gre. Jest obcokrajowcem, wiec musi placic gotowka.
- Czyli jestesmy urzadzeni. Zostajemy z wami. Jakzesz ja sie ciesze !! Moze jakis namiot macie (?)...rozbijemy sie nieopodal.
-Ile pani ma?
-Stac mnie na 50 zlotowe szalenstwo.
-Dobrze...- Zastanawial sie starszy. Mlodszy odszedl na bok.- Wypiszemy mu postoj w zatoczce dla autobusow. To bedzie jakies 50 zlocisza. Rafal chodz! Wypisuj.
- Imie i nazwisko kierowcy?
- Frischer Fritz Hähnchen.
- Jak? Moglaby pani jeszcze raz powtorzyc?
- Frischer Fritz Hähnchen.
- Frrrr...i szszszszerrr Frizzzzzz...
-Fritz
-Frizzzzzzt.......kurna .Trudne.
-Fritz.- Korygowalam.
-No mowie ...Frizzzzt.
-Nie mowi pan. Moze sama wypisze ten mandat?- Zaproponowalam.- Szybciej bedzie.
Policjant podal mi bloczek mandatowy i po minucie bylo po sprawie.
-Poczeka pani chwileczke.- Rozejrzal sie na boki, czy nikt nie widzi- Niech mi pani to jeszcze do notesu wpisze. Taka procedura.
Wzielam notes...wpisalam dane Martina. Podziekowalismy sobie i ...komu w droge temu czas.

-Ales ty byla dla nich mila.- Zjadliwie zauwazyl maz.
-Normalna bylam. Mialam sie na nich z piesciami rzucic bo nieslusznie cie oskarzyli?
-Co wy zescie tam tak dlugo robili?
-Dane twoje spisywali, bo po okazaniu zabrales dokumenty ze soba. Troche to trwalo.

Cover


Oryginal


2 komentarze:

  1. No i proszę jak można z sytuacji wybrnąć :) Ale taki plus tylko z obcymi nazwiskami - mojego literować bym na pewno nie musiała :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyznam sie szczerze, ze kiedy przyszlo mi w Polsce cos zalatwiac, a nosilam juz nazwisko meza, to bardzo czesto, o ile nie byly to sytuacje typowo urzedowe, przedstawialam sie z mojego panienskiego nazwiska. Np.: raz musialam koparke zamowic na dzialke, innym razem przewoz mebli....nie bylo problemu wtedy z wymawianiem, skrecaniem sobie jezyka , a i ceny normalne sie stawaly, niz jakby wiedzieli, ze z obcokrajowcem maja do czynienia. Kiedys za ustawienie , bodajze osi w samochodzie, zaplacilam potrojnie niz Polacy. :)) Od tamtej pory, kiedy mozna bylo unikalam przedstawiania sie z nazwiska meza:)

      Usuń

Drogi Czytelniku. Prosze podpisuj sie. Komentarze anonimowe nie beda publikowane.