niedziela, 4 października 2015
Mistrz Jedi Qui-Gon Jinn.
Wrocilam z urlopu w Polsce. Z urlopu dosc nietypowego, bo spedzilam go z Audrey. Kobiety wziely sobie wolne od rodzin, wypoczely, nabraly nowych sil . Bardzo sie Audrey Polska spodobala, a najbardziej ludzie. Zabytki, moze i starsze niz te, ktore jej pokazalam, miala mozliwosc widziec w Czechach, Niemczech, Francji, Holandii...natomiast tak otwartych, normalnych i nieskomplikowanych ludzi jak w Polsce nie miala, jak dotychczas, przyjemnosci spotkac. W niewielkiej mazurskiej miejscowosci Audrey jawila sie dosc egzotycznie, przykuwala wiec uwage przechodniow. Dzieciaki byly chinska dziewczyna zauroczone, bo pisala im po chinsku. Polskie jedzenie okreslil moj gosc jako ciekawe, ale ciezkie. Nie dziwi wiec fakt, ze do japonskiej restauracji w Olsztynie leciala wrecz na skrzydlach.
Rozbawilo nas zdarzenie w muzeum w Toruniu. Zainteresowalo nas pieterko z "oryginalnymi" obrazami polskich malrzy, ale nie tylko. Audrey odkryla tam polke z zabytkami chinskimi i japonskimi. Wazy, zabytkowe pudelka, wazony, filizanki. Pan odpowiedzialny za owe pietro- mlody chlopak- bardzo chetnie udzielal nam informacji, wrecz razem z nami zwiedzal, robil za przewodnika. Widac bylo, ze wlasciwy czlowiek na wlasciwym miejscu, nie tylko pospolity ciec. Audrey nie mogla uwierzyc, ze to wszystko co ogladamy to oryginaly. Nie byly wyjatkowo zabezpieczone. Nie znajdowaly sie za szybami, ani pod jakimkolwiek alarmem. Przy jednym , nie polskim malarzu ( znanym swego czasu Holendrze), zapytalam o aukcyjna cene owego dziela:
-Mam wam powiedziec w polskich pieniadzach, czy w euro?
- W polskich . Jestesmy dobre w przeliczaniu, poradzimy sobie.
-Jakies milion zlotych.
-Waw! Audrey rob zdjecie! Pokazemy twojemu mezowi. On z Holandii, to go zainteresuje.
"Coz za nieskomplikowani, prosci, normalni ludzie!" -spointowala moja kolezanka- "We Francji w Luwrze, tego typu dziela znajdowaly sie za szybami pod alarmem, a w Polsce jeszcze informacji pracownicy udzielaja o danym zabytku". Nie powiedzialam jej tylko, ze tu, oprocz wycieczek szkolnych, przychodzi moze troje ludzi na dzien. Nie ma sie wiec czego obawiac. Poza tym polskie muzea nie maja tyle kasy co Luwr.
Zainteresowal ja tez sklep typu "Alkohole swiata". Dla mnie normalka, ona nie miala mozliwosci tego nidzie zaobserwowac.
Ogolnie byl to przyjemny czas. Myslalysmy sporo o dzieciach. Audrey zostawila trojke drobiazgu. Najstarsze dziecie w wieku Marie, czyli 8 lat, a reszta wiekowo w dole. Kobiece prace w domu odstawilysmy na tip top. Przygotowalam Marie ciuchy na kazdy dzien, bo tata w te klocki niezbyt dobry jest. Nie zna sie na dziewczynskiej modzie. Kiedys, kiedy byla mlodsza, odstawil ja do przedszkola, w slotny jesienny dzien, ubrana jak kalwaryjskiego dziada. Dzieciak na gorze ubrany byl na cebulke. Kilka podkoszulek aby nie zmarzla. Dresy - spodnie do ogrodka, a na nogi sandaly bez skarpet. Panie w przedszkolu przygladaly sie Mlodej podejrzliwie. "O kurcze!"- zdebialam przy odbiorze Corki. Przedszkolanka podeszla do wspolpracownicy i: "Widzisz? Wiedzialam, ze to nie ona Marie ubierala"- zrelacjonowala.
Audrey zas opowiadala mi jak musiala w to upalne lato wybyc na dwa dni. Zostawila meza z dzieciakami. Wraca i.... oczom jej ukazala sie nastepujaca scenka. Na stole rozpierniczone jedzenie, w sumie to jakies suche sojowe przekaski- "posilajcie sie dzieci tym, czym chcecie". Stol zawalony. Starsza corka rozebrana do polowy, mlodszy syn tez tako jako i ojciec. Najmlodszy zas siedzail w lozeczku. Twarz mial zielono- zolto- brazowa. Pod nosem lecial mu gil. Swedzialo go to sobie raczka rozmazywali owe gile, ktore zasychaly mu na twarzy przybierajac kolory: te swiezsze zoltawy, a potem szlo w zielen i braz.....a tata ze specjalnym elektrycznym mieczem ubijal probujace sie dostac do domu muchy. Porazal je pradem, te padaly w konwulsjach a sredni synek stal i z podziwem patrzyl na ojca. Pokazywal mamie palcem drgajaca , swiezo ubita muche i mowil: "O, o..! Mama patrz! Tata, tata...!"
Maz Audrey pracuje ciezko. Jest w stanie zapewnic super dostatni byt zonie i dzieciom. Mam nadzieje, ze teraz doceni jej prace w domu, w sumie to nigdy nie slyszalam aby nie docenial, ale zrozumie byc moze ile wysilku kosztuje zostawanie z tym calym kramem, kiedy on leci w dwutygodniowe delegacje.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Fajnie czasem wyrwać się z codzienności, bez facetów i dzieci. Naładowac akumuatory. Taki tydzień urlopu nalezy sie każdej kobiecie. Pozdrow Audrey :-)
OdpowiedzUsuńPozdrowie.... Kurcze, a jutro do roboty..
Usuńfajne dziewczyny sobie selfie zafundowały...woow...
OdpowiedzUsuńa tak poważnie to miałyście super wypad,a panowie zobaczyli i poczuli jak to jest nic nie robić tylko siedzieć przy dzieciach,bo my przecież tylko siedzimy...przy dzieciach...haha, po czym takie zmęczone jesteśmy..
Powiem Ci, ze nasi faceci cieszyli sie na nasz przyjazd tak samo, jak nasze dzieciaki:)) Musialo im byc nielekko:))
UsuńBaterie naładowane? Teraz pora tyrać aż do następnego urlopu ;)
OdpowiedzUsuńCzyli zapowiada sie dosc dlugie tyranie, bo urlop wykorzystany na maxa:-)
UsuńCieszę się, że mile spędziłaś czas a twojej znajomej Polska się podobała. Polska zmieniła się widokowo od czasów PRL powoli doganiamy zachód.
OdpowiedzUsuńA co do męża i Marie tak to z facetami jest, że siebie potrafią ubrać, ale dziecko już nie czasami z tej ich nieporadności można naprawdę się pośmiać. ;-)
Pozdrawiam
Ja sie tez ciesze. Wlasnie owej mojej znajomej nie szlo wcale o zabytki, o miejsca, bo wszedzie swietne miejsca znalezc mozna, a bardziej o ludzi. Z drugiej strony wprowadzilam ja "do moich" ludzi, wiec ....przyjmowali ja tak, jak mnie. No i .... pobyt w Polsce wspomina Audrey bardzo milo, swobodnie, na luzie, super.
UsuńA o nieporadnosia mezczyzn w niektorych tematach lepiej nie gadac. Z drugiej zas strony oni moga sie niezle nasmiac z naszej- kobiecej nieporadnosci w niektorych tematach.
A ja muchy zwykłym kapciem tylko starszę
OdpowiedzUsuńhm.... zastanawiam sie, czy pomimo wszystko nie przyznac Ci miana Mistrza Jedi? Bo czy sprzet jest az taki wazny?
Usuń