Marie sie nam sypnela... rozbila... potlukla...
Tragicznie nie jest, ale fajnie tez nie. Jednego dnia triumfuje czlowiek sukces. Staje na podium. Drugiego lezy wbity w glebe. Jak to w zyciu, nieprawdaz?
Juz zoperowana. Poczekac nalezy zanim wyjdzie ze szpitala.
Na meczu byla . Zderzyla sie z przeciwniczka i upadla az huklo! Huklo porzadnie, bo dzieciaka przywieziono mi trzymajacego sie, podtrzymujacego prawe ramie ( bark) i za czorta nie chcacego takiej pozycji porzucic, bo .... boli !!!
-Spusc ta reke. Co tam jest? Nie trzymaj sie tak!
-Nie moge. Nie rozumiecie! Ciagnie niemozliwie i meczy.
W takiej dziwnej pozycji wyladowala w szpitalu. W stroju z boiska, z ubrudzonymi od upadku nogami i w pomaranczowych korkach. Mily obcokrajowy lekarz , zabral sie za badanie. Probowal odkleic reke Marie od barku-karku, ale z miernym skutkiem. Cora wyladowala tez tak na rentgenowskiej lezance. I tam uskuteczniono metody na to, aby reka oslaniajaca bark opadla, ale..... nie dalo sie.
-Jesli to nie zlamanie, to poradzimy.-Zagadnelam stojaca ze mna pielegniarke.
-Nie , raczej nie. Prosze byc dobrej mysli. Nie raz bywali tu pacjenci ze sportowymi kontuzjami i z reguly troche inaczej to wyglada. Ona sie chyba porzadnie potlukla.
No niestety . Porzadnie sie potlukla- to prawda, ale ... zalmala obojczyk. Pekl na pol i kosci naszyl na siebie. Dobrze, ze nie doszlo do zlamania otwartego.
Sprawa zaczela sie komplikowac. Musielismy poczekac na lekarza glownego. Nie wiem jak ow tytul brzmi obecnie w Polsce. Zaczeto nam tlumaczyc co musza Marie zrobic , aby wszystko wrocilo do normy. Operowac, wstawic szyne. Z ta szyna bedzie chodzila poltorej roku i potem musi przejsc ponowna operacja zwiazana z pozbyciem sie szyny z ciala. Trzy miesiace zadnej aktywnosci sportowej... potem, powoli moze powrocic na boisko.
-Zabierzcie ja z pilki noznej, to bardzo urazowy sport.- Orzekla ciotka Klotka. - Gorszy niz taekwondo.
Syn ciotki Klotki gral w pilke nozna, wiec ciotka wie co mowi.
-Zapomnijcie, ze zrezygnuje!-Wydarla sie Marie.- Szesc tygodni i moge grac.
-Jakie szesc? Na trzy miesiace musisz pozegnac sie z czynnym uprawianiem sportu. Akurat masz szczescie , bo przerwa zimowa nadchodzi ...- Wyjasniam.
-Nie prawda , bo szesc tygodni-Kloci sie Mloda.
Zglupialam. Ja sylszalam: "trzy miesiace", ona:" szesc tygodni"... golono, strzyzono.
W kazdym badz razie... zrosnie sie i powroci.
Zmeczylam mnie cala sytuacja. Na drugi dzien, po wypadku, trzeba bylo Mloda wypakowac z trikotow i przygotowac do operacji. Troje ludzi musialo to robic. Poranna zmiana nie byla owa styuacja rozradowana. -"Dlaczego nie zrobili tego ci z nocnej"? Trudno powiedziec. Lekarz zadecydowal aby Marie juz tak poszla spac, bo ... za dlugo sie sprawy ciagnely. Cisza nocna. Dzialo sie wszystko grubo po 22:00. A moze sie im po prostu nie chcialo? Ja sie nie znam, jestem tylko matka.
Uslugami, jakoscia opieki, w tutejszych szpitalach z reguly bywalam ustaysfakcjonowana. Raz moze nie.
Koszulke jakos zdjeto. Maja kobiety swoje chwyty i umiejetnosci. Biustonosz trzeba bylo pociac. Sportowy, bez rzepow i zapiec... zakladany przez glowe. Umylam swe Dziecko tak, jak umialam. Marie nigdzie nie pozwalala sie dotknac, bo bolala. Wydaje mi sie, ze to byl bol na wyrost, gdyz srodki przeciwbolowe robily swoje i dzieki nim udalo sie w koncu jej reke od karku odsunac.
Pojechala na stol .... trwalo to 3 godziny ( ciut ponad). Wskoczylam w tym czasie do domu aby sprawy toalety ogarnac. Nie chcialam w szpitalnej tego zalatwiac. Umyc rece, wypic cos, choc panie pielegniarki to na serio miod kobiety. Zaproponowaly mi kawe, tlumaczyly co robia i dlaczego.... ludzkie niewiasty.
Kiedy wrocilam musialam przejsc cerbera na bramce. Faceci to inny gatunek czlowieka. Przepraszam panowie- niestety tak jest. Nie rodzicie, nie wiecie w czym rzecz.
Rano w recepcji siedziala pani, wiec wystarczylo powiedziec, ze do dziecka sie przyszlo i na dodatek dziecko dzisiaj jest operowane. Zapytala tylko ile dziecko ma lat i nie robila ceregieli. Droga wolna.
Pan- zmiennik- zmierzyl mi temperature. Musialam wypelnic dokumenty. Okazac paszport covidowy. Wpisac godzine wejscia. Siedzialam od za pietnascie pierwsza do siedemnastej- dopoki Marie sie porzadnie nie wybudzila. Przy wyjsciu dostalam reprymende, ze to miala byc wizyta pol godzinna, bo tyle tylko mozna w okresie covidowym i na co ja sobie tutaj pozwalam! Nieprzyjemnie sie zrobilo. I ku mojej wiadomosci : "wizyty trwaja do 17:00 !". Oznajmilam panu, ze zamierzam powrocic, gdyz chce corce "dobranoc" powiedziec i sprawdzic czy wszystko w porzadku, wiec w granicach 19:00 przyjde ponownie.
Udalam sie do lekarza , w sprawie jakiegos zaswiadczenia ( szpital nic nie wystawia), ktorym moglabym w pracy udokumentowac moja dwudniowa nieobecnosc. Szef byl poinformowany, ale w papierach musi grac. U lekarza kolejna bariera. On nic nie moze mi wypisac, bo to dziecko jest chore - nie ja. Totalny brak dobrej woli. W tej praktyce lekarskiej siedzimy ja i eM od 16 lat. Znaja nas tam dobrze. Znaja nasze choroby. Wiedza ile korzystamy ze zwolnien. Na serio nigdy- przynajmniej ja - nie przesadzilismy. Za moment dojdzie do nich wypis Marie ze szpitala- bo od paru miesiecy i ona dolaczyla do owej lekarskiej parktyki. Beda mieli czarno na bialym czy sciemnialam , czy nie. W trakcie opowiadania : "Co sie wydarzylo"- lekarz miekkl. We mnie jednak pozostalo cos nieprzyjemnego, jakas zadra.
Wrocilam do szpitala ponownie. Ciec nie robil wykladow a ja, ze swojej strony, staralam sie z wizyta nie przesadzic. Posiedzialam jeszcze z Mloda 45 minut i wrocilam do domu. Za moment jade znowu. Odeszla mi chec na bramkowe przepychanki. Nie bede przedluzac, tym bardziej, ze Marie definitywnie powraca do zdrowia. Jutro powiedza nam cos wiecej i zadecyduja, kiedy Mloda moze do domu.