... tak to sie nazywa, kiedy czlowiek przed innymi daje "dowod" swojej wiary. Dowod moze byc slowny, czynny...rozny. Zastanawialam sie czy pisac to wszystko w slownictwie, w jakim porozumiewaja sie ludzie w pewnych kregach zwiazanych z kosciolem, czy odpuscic sobie i mowic normalnie, ogolnie. Doszlam jednak do wniosku, ze skoro pisze juz to, co napisac zamierzam, wypada pojsc po calej lini i konsekwentnie ...nie robic nic pod publike. Czyli.....
Zastanawialam sie kiedys, po czasie ( teraz juz prawie wcale) dlaczego mnie cos takiego spotkalo? Dziewczyne, ktorej do Jezusa daleko bylo i z Jezusem nie zawsze po drodze, spotkalo to, ze kiedys wypowiedzialam slowa: "JEZU jestes moja DROGA, PRAWDA I ZYCIEM". Zastanawilam sie czy to ja, czy to ON zapoczatkowal. Ktore z nas zrobilo pierwszy krok? Po czasie dochodze do wniosku, ze to jednak ON. ON pierwszy przyszedl, tak jak do rybakow nad Morzem Galilejskim. "Pojdzcie za mna"- powiedzial im. Oczywiscie, ze wybor jest nasz, mozna powiedziec spokojnie "nie", ale.... kiedy masz swego zycia dosyc...(?) ON to widzi, dostrzega takie predyspozycje w DUSZY ludzkiej, widzi to czego my dostrzec nie potrafimy i nie zdajemy sobie z owych predyspozycji sprawy, wtedy taka DUSZE przywoluje. Wywoluje z grobu smierci. "Pojdz za mna"- mowi. I ten, kto na to odpowie zaczyna za nim raczkowac, jak nieporadne dziecie, az w koncu uczy sie chodzic, a zaprawde nauka to nielatwa. Bo on nie obiecuje latwego zycia. On w ogole nie obiecuje , ze nie bedziemy cierpiec.... sam zreszta pokazal, ze ludzkie cierpienie go nie ominelo. Skoro tyle mogl, mial chody u Boga, dlaczego nie zszedl z krzyza? Przyjal nasz ziemski zywot z calym dobrodziejstwem inwentarza. Nie uciekl .... Pokazal jak do konca, pomimo sytuacji i okolicznosci ( ekstermow) mozna czynic dobro. Nie dac sie zlu. Pokonac to zlo dobrem. Ludzie, ktorzy twierdza, ze cierpienie da sie w zyciu ominac, klamia. Nie zdaja sobie sprawy, ze sami cierpia, ze ICH ZYCIE TEZ BOLI. Ale trzymaja fason. Twardzi chca byc. Kule sie ich nie imaja. Kule sie ich imaja, albo cierpiac wlasna zawisc i zazdrosc rozdaja ja hojnie innym myslac "poboznie", ze dzieki temu sie jej pozbeda. Oddadza.... poszla se won...do innych. Niech inni pocierpia.....
To byl poczatek lata. Mialam jakies 25 wiosen. Uczylam dzieci indywidualnie. W ogole w pierwszych latach mojej pracy mialam 2/3 etatu na nauczaniu indywidualnym a 1/3 w szkole. Latalam z ksiazkami po domach dziecakow. Jeden z uczniow byl koszmarny. Poteznie psychicznie powalony. Co sie w tym dziecku sprzeglo to szkoda gadac.... choroba psychiczna z uposledzeniem. To bylo pomieszanie z poplataniem. Objawy autyzmu ze schzofrenia...uczyc go w szkole nie mozna bylo, bo rozpierduchy na lekcjach robil, ze hej. Bywalo, ze nagle, w najbardziej niedogodnym momencie, odchodzil w kat, klekal na kolanach , podpieral sie rekami, szczekal jak pies wykonujac przy tym ruchy kopulacyjne. To byl dzieciak bez brwi. Wyrywal je sobie palcami precyzyjnie tak, jak kobiety depilujace brwi pinceta i wkrecal w nos. Takiego tez irokeza wyskubal sobie na skroniach. Wszystkie wlosy ladowaly upchane w nosie. A zachowywal sie przy tym jakby super towar na wciagniecie dostal. Bywalo, ze dobieral sie do wlosow matki nie gardzac tez i moimi. Jedynym wyjsciem bylo sciecie mu wlosow na pale...tak tez biegal po osiedlu, a wlasne wlosy nalezalo chronic pod czapka. Nie mozna bylo utrzymac chlopaka w domu. Czasami podczas lekcji wyskakiwal z okna, mieszkal na niskim parterze, i psia kupa znajdujaca sie w ogrodku, badz na chodniku potrafil sie caly wymazac. Lekcje z nim to koszmar. Zmieniali nas w przydziale uczniow na nauczaniu indywidualnym co jakis czas. Ogolnie co poltora roku, dwa lata... bo bysmy zeswirowali totalnie. Do tego wsystkiego dolaczaly sie jeszcze problemy u mnie w domu rodzinnym. Pisalam juz raz jakim czlowiekiem byl moj ojciec. Bardzo chcialam sie wyprowadzic, ale....szans nie widzialam, a na pomoc jakakolwiek ze strony rodzicow liczyc nie moglam. Ogolnie cierpialam bardzo, nawet sobie tego nie uswiadamiajac...ot nioslam ciezar zycia, jak to zawsze sie niesie i jaki w sumie wszyscy nosimy, kazdy oczywiscie inny, ale tachamy swoje kamienie. Widocznie w mojej "przepieknej" duszy co sie zadzialo- tak, ja to rozumiem, tak sobie na to odpowiadam i czuje, ze to wlasciwa odpowiedz. Zaistnial moment kiedy mialam DOSYC, nieswiadomie z mojej strony DOSYC! Dotknelam wewnetrzengo, uczuciowo emocjonalonego, dna. Przyznam sie szczerze, ze nie znalam Boga- Jezusa jako zrodla milosci. ONI niby mowili o milosci, ale bylo to tak odlegle, tak nierealne, ze ...w sumie pletli glupoty nieprzystajace do danego swiata. Oh! Jakaz ja bylam marda i cieta w zwalczaniu tego typu glupot. Slowa , slogany : "Jezus jest Panem! Jezus zyje! Bog jest miloscia! Nie lekajcie sie! ...." smieszyly mnie. Szczegolnie owe : "Jezus zyje !" to wedlug mnie odjazd totalny, dopoki....nie pczulam na wlasnej skorze. Na poczatku towarzyszyla mi pewnosc, ze COS, KTOS ISTNIEJE, COS POZA MOIM ISTNIENIEM. Czuwa, opiekuje sie, wspiera. Dostawalam w najtrudniejszych momentach chwile wytchnienia. Takie jakby .... popatrz na zewnatrz burza, a ty jestes bezpieczna. To byla pewnosc istnienia Boga. Tego nikt nie moglby wkrecic mi w glowe, bo nie mialam w domu przykladow oparcia sie na wierze. Nie wyroslam w atmosferze wiary, jezeli juz to tylko takiej "niedzielnej", bardzo slabej, nijakiej. Do kosciola nie chodzilam. Zaliczalam lekcje religii, bo na nich byla etyka, to mnie pociagalo... Kosciol straszyl, byl siermiezny, nieludzki i trudny. Bog to nic dobrego. Bog to mszczacy sie, starotestamentowy typek....Pamietam jak jakies studenckie kolko oazowe zapraszalo studentow na spotkanie. Poszlam raz, jeden jedyny raz i .... rozwalilam im to spotkanie, wytykajac egoizm pewnej, dajacej swiadectwo, lasce i zarzucilam jej myslenie o samej sobie. Intelektualnie to mi nie brakowalo niczego, ale madrosci zyciowej nie posiadalam za grosz. Po prostu glupia bylam patrzac na to z obecnej perspektywy.
Moje nawrocenie sie nie mialo nic wspolnego ze spektakularnoscia. Ciche bylo. Dzialo sie z dnia na dzien. Nagle zaczelo sie wszystko przewratosciowywac.
Mlodsza o trzy lata kolezanka ( sasiadka), teraz po czasie mysle, ze ona musiala zaistniec w moim zyciu, zaczela wchodzic ze mna w rozmowy o wierze. Nieoceniony w tym temacie byl jej chlopak, obecny jej maz, ktory potrafil postawic swietna kontre intelektualna wywodom duchowym swojej dziewczyny. Po prostu rozwalal te wywody w try miga. I ...konczylo sie, bo jak tu przeciwstawic wiare intelektowi? Dla mnie na tym etapie nie dalo sie. Ow intelektulany rozmowca jeszce mial racje. Jeszce zbijal moje wewnetrzne argumenty. Intelekt mial jeszcze MOC. Walczyl o swoje. Kolezanka owa zaproponowala mi w ktoryms momencie spotkanie z O. Tardifem. Odbywalo sie ono kolo Lodzi. Ludzi przyjechala co niemiara. Jedna z kobietek martwila sie, ze nasz autokar jest daleko zaparkowany ( ostatni parking jaki mogl sie nam trafic), ze musimy tyle drogi jeszcze przejsc do miejsca, gdzie znajduje sie oltarz, a ja podsmiewujac sie mowilam do niej : " Niech sie pani nie martwi. Ostatni beda pierwszymi". Na poczatku Mszy poczulam, ze znalazlam sie w niewlasciwym dla mnie miejscu. Slonce grzalo niemozebnie. Pic mi sie chcialo okropnie. Po czasie rozpadalo sie, wichura targala dachem nad oltarzem. Bardzo wialo. Najpierw mnie umeczylo slonce, potem deszcz...nie rozumialam czytanych Ewangelii. Kazania nudzily, ale.... nieopodal zainstalowal sie ciekawy koles. Na tyle ciekawy, ze moj wzrok ciagle w jego kierunku podazal. Nie szlo w tym wszystkim o jego powalajaca aparycje, ale ...no dziwny byl. Nacpany, czy jak(?)- z czasem i to mi sie wyjasnilo, natomiast w tym konkretnym momencie byl to ciekawy widok. Tak jak widzi sie na koncercie, tym powyzej. Rece w gore i ...."Jezus zyje!". "Kocham cie Jezu!", "Jestes moim Panem!".... Ten czlowiek dziwil. Nie, nie smieszyl...dziwil, zastanawial....Kiedy Msza dobiegla konca, zaczelam pakowac manele, nie czekajac na kolezanke i zbierac sie do autokaru. Wiele osob postepowalo podobnie. Odchodzili. I nagle nastapilo to, co wywarlo na mnie najwieksze wrazenie. Wyjasnienie owych zdarzen bylo potem bardzo sensowne.... Rozpoczely sie uzdrowienia. Tardif wraz z ekipa, oslaniajaca modlitewnie cale wydarzenie, wszedl w modlitwe i dzialo sie. Nie, w tym momencie nie czulam, ze znajduje sie w centrum ogolnej halucynacji, histerii ( bo takowej nie bylo). W srodowisku, ktore psychicznie wytwarza cos tam i z tego powodu dzieje sie cos tam, bo ja nic nie wytwarzalam i wytworzyc nie potrafilam. Patrzylam jak swiadek zadrzen... Zostala uzdrowiona kobieta z mojego autokaru. Taka, ktora znalam , wiedzialam dokladnie kim ona jest i nie mogla to byc sciema. Nikt obcy, wczesniej umowiony... Kobieta z rakiem...Dotknelo mnie to mocno. Cieszylam sie, ze moglam to niejako z boku obserwowac. Wdziecznosc ze mnie wyplynela...wdziecznosc za to, co sie stalo. Sceptycyzm rozpadl sie w proch. Twardziel intelektualny zaczal miec miekkie kolanka. Nie od razu powierzylam Jezusowi moje zycie. Nie stalo sie to w tym konkretnym momencie. Wtedy dalam jednak rade powiedziec mu, ze jest swietny. Od tego momentu sie zaczelo.
Potem..(?). Potem bylo i lekko i trudno.... przeplatalo sie zwatpienie z wiara ....Weszlam w grupe charyzmatykow i trwam w tym dobre 19 lat.
Chwala Panu.
Jezus może być drogą, ale nie Kościół. Kościół to już nie oblubienica, a ladacznica. :(
OdpowiedzUsuńPrzykro mi, że miałaś niefajnego tatę. Ja niby na swojego nie mogę narzekać, bo nie jest taki najgorszy... ale też potrafił życie upieprzyć.
Kosciol to juz nie oblubienica a ladacznica, ale ja jestem w tym kosciele i nie jestem ladacznica. Kosciol to tez ja, i wielu znanych mi , w porzadku ludzi... nie jest to elitarna jednostka Chrystusa, wiec jest tak samo jak wszedzie. tak jak w pracy... w pracy tez byly osoby, kotre spokojnie moglam nazwac ladacznicami i lajdakami, W rodzinach mamy tez podobnie...bo skad sie bierze ten kosciol (?), ano z czlowieka.-jacy jestesmy my taki tez mamy kosciol, polityke, miejsce pracy.
UsuńJa tak po nawroceniu wlasnie wierzylam, ze znalazlam idealne miejsce na ziemii. I sie rozczarowalam, ale nie moge powiedziec, ze wszystkimi. Mam wsrod znajomych kilku swietnych kaplanow, takich co na rozwoj duchowy niesamowicie prali, pomimo trudow i cierpien....ale nie zaprzecze, ze i zanlam takich, ktorzy byli uzaleznieni, okradali parafie, lazili na panienki, plotkowali
etc.
kiedy biega o mojego ojca. No coz bylo minelo. Nie roztrzasam tego czasu. Nie byl to latwy czlowiek, jakos przezylam i wszylam z domu silna, czasami wydaje mi sie , ze za bardzo ))
Głową Kościoła jest człowiek, a człowiek niestety jest zawodny. Nie zgadzam się z naukami Kościoła niestety potrafią czasem zrobić taką szopkę że głowa mała i myślę, że własnie przez Kościół ludzie poddają wątpliwości istnienie Boga.
UsuńPamiętam jak kiedyś razem ze swoim małym wówczas synkiem weszliśmy do Kościoła zobaczyć szopkę. Święta się zbliżały więc młody koniecznie chciał zobaczyć szopkę. Poszliśmy no i zobaczył.... Jednym słowem porażka. Szopka może i piękna ale jednak nie oddawała tego co powinna, żaden przekaz z owej szopki do mnie nie trafił a dlaczego ano dlatego, że obok szopki postawiono wiegachnego manekina rozmiarów olbrzymich ubraego w lekarski fartuch obwiązanego stetoskopem itp. Na szyi manekina wisiała ogromna plandeka na sznurkach z napisem jak to lekarze, którzy pomagają w in vitro to ucznie szatana. No niestety jestem naocznym świadkiem tego cyrku. Uważam, że Kościół to nie miejsce na politykę czy też tego typu akcje byłam zniesmaczona, a młody przez całą drogę powrotną przeżywał szatana który stał w Kościele i nie mógł zrozumieć jak ten szatan wszedł do tego Kościoła skoro Pan Bóg ma wodę święconą. Nie będe już opisywała jak wytłumaczyłam dziecku o co konretnie chodziło, ale jednak to nie po mojemu, Kościół to Kościół który tworzą ludzie a jednak mimo wszystko człowiek jest omylny.
Glowa kosciola jest Chrystus:)
UsuńA ja pamietam twojego Malego wtedy jeszcze synka, ktory poszedl ze mna do kosciola w triduum paschalne, jaja swiecic . Troche za wczesnie przyszlismy i posiedzielismy sobei w ksciele dopoki sie wiecej koszykow nie zebralo na swiecenie. Twoj maly zobaczyl krzyz i pyta mnie o ukrzyzowanego . No i mu tam troche tluamczylam, ale nie za wiele. W pewnym momencie Twoj Mlody wystartowal z tekstem ( wiesz on byl w takim wieku, ze kule sie go nie imaly. Kiedy opowiadal te swoje historyjki to zawsze byl niesmiertelnym bohaterem... pojecie smierci bylo jeszcze wtedy dla niego odlegle)
-Ale glupi. Dal sie ukrzyzowac.
No i zakonczylismy na tym stwiedzeniu. przeroslo mnie wyjasnianie mu tych spraw, a poza tym nie chcialam:)) Za trudne to wszystko dla doroslych a co dopiero dla dziecka:))
ahahah On dziś też uważa się za nieśmiertelnego i uważa że będzie zołnierzem którego żadna kula nie dosięgnie.... No tak świat dziecka nie jest zbyt skomplikowany, są krótkie proste rozwiązania, które dla dorosłych nie mają racji bytu;)))) Pamiętasz Grzesia i pytanie "dlaczego Rekin to ryba" :P
Usuńpowiedz mi taką rzecz... załóżmy, że stworzę sobie w umyśle jakiegoś boga /Jezusa, Manitou, Peruna, Zeusa, .../ i stracę wgląd w to, że to tylko złudzenie, czyli innymi słowy - zacznę wierzyć, to po co i dlaczego miałbym przekonywać innych, że tak się stało?...
OdpowiedzUsuńpozdrawiać :)...
aha... tylko jest jeden drobiazg... czasem po przeżyciu jakiegoś niekoniecznie nawet mocnego przyjemnego stanu psychicznego /typu haju, satori, objawienia etc/ człowiek czuje przez jakiś czas jego skutki i rzeczywiście ma ochotę z kimś się podzielić tym przeżyciem, czy stanem na zasadzie czystej empatii /"mnie było, jest fajnie, to niech i tobie będzie fajnie"/... ten mechanizm akurat jest mi znany, więc tego mi nie tłumacz... ale nadal nie zmienia to istoty mojego pytania...
UsuńAleż, czy ja przekonuje? Czy wypowiadanie się na tematy koscielne to przekonywanie innych. Bo widzisz, ja nie mam w założeniach przekonania kogokolwiek.... czasami się wypowiadam. Nie przekonujesz ludzi do marihuany? Nie chcesz aby spojrzeli na temat podobnie do Twojego widzenia sprawy? Przeciez przekonywanie innych to temat Ci nie obcy. Powinienes znac odpowiedź.
Usuń"przekonywanie do marihuany"... fuj, jak to brzmi... na szczęście oboje jako ludzie na poziomie wiemy, co się pod tym skrótem myślowym kryje...
Usuń...
nie pisałem o Tobie bynajmniej, lecz ogólnie... mnie intryguje tylko taka sprawa... jak wspomniałem wcześniej, załóżmy że uwierzyłem /lub przestałem wierzyć, w sumie na jedno wychodzi/... załóżmy, że mam ochotę o tym kogoś poinformować... robię to, dzielę się emocjami... fajnie, ale na tym koniec... nie rozumiem jednak, dlaczego miałbym udowadniać komuś /dawać świadectwo/, przekonywać kogoś, że tak się stało?... czy jak podzielę się z kimś wrażeniami z fajnego filmu, to czy muszę mu pokazywać bilet z kina, jako świadectwo, że w ogółem na tym filmie byłem?... tego detalu za bardzo pojąć nie potrafię...
trochę mi się to kojarzy z muslimem, który po nocy poślubnej ma obowiązek pokazać sąsiadom zakrwawione prześcieradło na dowód, że przeleciał żonę...
Czy Ty czepiasz sie nazewnictwa, czy ogolniechcesz aby katolicy zmakneli geby na klodke w tym temacie? Nie podoba Ci sie nazwa "swiadectwo", czy samo gadanie na ten temat? Bo jezeli gadanie na ten temat , to... dopuszczasz kiedy dwoch knurow gledzi o tym jak jednemu znana, a dugiemu nieznana Kasia "robi loda", jaka technika sie posluguje...no i w sumie fajnie to robi, a nie dopuszczcasz kiedy dwoch katolikow siadzie se i pogada jak to bylo, albo jak doswiadczaja obecnosci Boga....nie pozwalasz. Po co o tym gadac? Po co gadac i przekonywac ludzi, ze marysia nie jest najgorsza, trafiaja sie gorsze nalogi? Po co gadac o doswiadczeniach z kobietami? Po co o tym nawijac? Wedlug mnie pytanie "po co?" jest do dupy. Trzymaj swoje przezycia z kobietami w sobie...nie podpieraj sie nimi w "dupnych" postach.
UsuńAlbo faktycznie czepiasz sie tylko nazewnictwa, bo moglam to zatytuowac inaczej i ...nie skojarzylbys. To s arozmowy o tym jak doswiadcza sie Boga, a nazywane sa po koscielnemu swiadectwami. Sa to najzwyklejsze w swiecie rozmowy.
o co Ci teraz chodzi?... bo zaczynasz się teraz miotać i chaotyzować bez sensu na sto tematów na raz...
Usuń...
rozumiem fakt istnienia rozmów o tym czy tamtym, w końcu ludzie o czymś rozmawiają, ale skoro sama pisałaś o dowodach, to zaciekawiło mnie skąd się bierze potrzeba tego udowodniania... ale skoro to jest tylko taki żargon, gdzie prosta informacja o odjeździe polegającym na "doświadczeniu Boga" nazywa się "świadectwo" lub "udowodnienie", to mam sprawę wyjaśnioną...
To jest tylko i wylacznie kwestia slownikowa, byc moze slownictwa na wspolczesne czasy przestarzalego, ale tak sie gada...i byc moze sami gadajacy tak ustalili.
UsuńFtak sie czepiasz slowek jak w szkole nie mozna bylo swego czasu uzyc wobec rodzinki patologicznej okreslenia "patologiczna"- bo jak nie dyskryminacja to pachnialo to stara terminologia, wiec terminologia beee..., badz tez uwlaczajaca terminologia. A prawda jest taka, ze patologia to patologia, nawet jak ja w paierek ozdobny ( slowo lukrowane ) ubierzemy to bedzie to cos chorego.
Natomiast swiadectwo slowne, "dowod" mojego doswiadczania Boga- ot gadka o tym jak mi z Bogiem bywa, swiadcze moja wiare slownie...przyznaje sie do czegos daje swiadectwo temu, ze wierze, jak wierze, jakie byly poczatki...
Udowadniają Ci od których się tych dowodów "wymaga". To "wymaganie" nie musi być jednoznaczne. Znałam kiedyś blogowego ateistę wegetarianina mieszanka wybuchowa. Facio chodził sobie po blogach, na których ludzie wysławiali Jezusa, nic w tym złego, nie mordują, nie gwałcą zwyczajnie mówią o miłości do Boga tak jak każdy z nas pisze o uczuciach czy to dobrych czy też złych, jednak miłość do faceta kobiety czy też dziecka nie wywoływała w owym blogerze takich emocji jak miłość którą ludzie obdarzyli Jezusa. Wchodził wypisywał prostackie obraźliwe kometarze, obrażał itd. Ok zrozumiałabym to gdyby Ci ludzie wchodzili w buciarch do owego Pana i chcieli Go nawracać, niestety on sam robił sobie wycieczki z nudów, wówczas zaczynało się udowadnianie. Myślę, że nie dlatego udowadniali mu, że Bóg istnieje, żeby Go przekonać oni zwyczajnie chcieli żeby Bloger ich nie obarażał, bo miał bardzo dziwną manierę jak każdy ateista - uważał że jego racja jest najmądrzejsza i najlesza. Żresztą podobnie było z jedzonkiem, wchodził na blogi z przepisami i ładował ile para dała jak to ludzie dostaną raka od jedzenia mięsa on tego raka nie będzie miał bo jako jedyny zdrowo się odżywia.
UsuńPowiem jedno nie można podważać uczuć ludzkich, jeżeli ktoś czuje obecność Boga, czy też doświadczył jakiegoś tak zwanego cudu przeżył cos duchowo nie nasza to sprawa podważać ani poddawać tego wątpliwości, nie jesteśmy w tym człowieku i tak naprawdę nie wiemy co on też czuje, co widzi, jak silne jest uczucie bo też jego indywidualna sprawa - nam pozostaje albo mu uwierzyć na słowo, że tak było albo nie wierzyć mu wcale itd. Jeżeli nie wierzymy czy tez wydaje nam się to śmieszne uszanujmy wybór innego człowieka, tym bardziej że swoją wiarą nam krzywdy nie robi.
Istnienia Boga nie da się naukowo udowodnić tak jak tego, że nie iestnieje. Nie ma dowodów na jedno ani na drugie.
Jeżeli napiszę, że jadłam dobrą zupę nikt nie poddaje tego wątpliwości chociaż ta zupa może komuś nie smakować bo ma inne upodobania kulinarne.
I tak powinno byc z wiarą jedni widzą Zesusa inni co innego i git.
Wiesz . Wlasnie to swiadectwo..jezeli wierzysz to nie mozna tego ukrywac, jie da sie...dajesz dowod wiary we wszystkim co czynisz, mowisz, jak zyjesz.... swiadczyszm, ze to co wyznajesz to prawda- dla tego kot to wyznaje. Kiedy mowi sie, ze : "Jezus zyje" to moze pasc : "Udowodnij to" i wtedy daje sie swiadectwo, jak to wedlug mnie wyglada to "Jezus zyje":))
UsuńNie czuje sie przez nikogo tutaj atakowana i nie czuje ( nie odbieram tego tak) aby ktos z komentujacych tutaj obrazal moje uczucia. Czepliwosc to nie obrazanie. Dopytywanie to nie obrazanie:))
"ale skoro to jest tylko taki żargon, gdzie prosta informacja o odjeździe polegającym na "doświadczeniu Boga" nazywa się "świadectwo" lub "udowodnienie", to mam sprawę wyjaśnioną..." - wiesz moim zdaniem lepszy taki odjazd niż haj narkotykowy czy też alkoholowy, lepsza nieskończona miłość niż białe czy też różowe słonie podczas delirki, albo gastronom.
UsuńNo ja też nie uważam, że ktokolwiek Cię obraża. Dałam wzmiankę o naszym wspólnym byłym znajomym, mam nadzieję, że Go pamiętasz.
UsuńPamietam pana Sarmate:))
Usuń@Dionka...
Usuńchyba nie ma różnicy zdań między nami /zaś Ania też się pewnie zgodzi/, że wartościowszy jest haj podczas wycieczki górskiej lub uprawiania miłości /seksu/ "na czysto", niż haj po tak prymitywnym narkotyku, jakim jest alkohol... ale tak w ogóle, to sprawa odmiennych stanów świadomości /do których należą także "objawienia" Saula z Tarsu, Muhammada lub Josepha Smitha/ jest niezmiernie skomplikowana sprawą... niejeden z tych, którzy "zobaczyli Boga" potrafi bardziej upieprzyć życie innym, niż koleś naćpany alkoholem...
O matko! Przeciez to mija. Wiara sie usadza na wlasciwych torach i mija, ajak nie mija to ten ktos raczej tez nie wierzy, jest nabuzowany ideologia.
UsuńZastanawialam sie keidys, ze po co to wszystko owym Saulom, Piotrom i innym ...To co oni musieli zniesc, to zwykly czlek szybko traci wiare i wraca do wlasciwego kurnika ludzkiego. I ci inni idacy za nimi...tym bardziej ze w pierwszych wiekach chrzescijanstwa, po smierci Jezusa, nie bylo nauki o meczennikach. Ludzie mieli sami we wlasnych sumieniach rozstrzygnac jak sie zachowaja w sytuacjach zagrozenia jako ludzie wierzacy w Jezusa. nie bylo mowy o grzechu takiej jaka jest obecnie.
A ci ludzie szli na areny....przyznawali sie do bycia chrzescijanami. Znosili trudy, byli zakuwani w wiezieniach, spali na deszczach...a szli dalej glosic. To nie bylo ot taki sobie...
Pamietasz "Kontakt" i koncowke z Jodie Foster? Na kasecie niby nic nie bylo, i z inteletkulanego punktu widzenia "oni" mieli racje, ale kiedy chodzi o jej doswiadczanie to ona nie moze zaoprzeczyc, ze doswiadczyla tego czego doswiadczyla.
Znaczy sie mija ten haj..wiara staje sie rzczywisytm zyciem tu i teraz:) zyciem opartym na wierze:) I dziwne, ze ludzie, ktorym z Bogiem nie po drodze doswiadczaja czegos podobnego do tych wierzacych. Ja ostatnio widze polaczenie w tym co mowia charyzmatycy kosciola i w tym co w Biblii z pewnymi wykladami z kwantowej. tylko jezyk to potezna wieza babel. Nieumiejetnosc dogadania sie, slownictwo......
Usuń@Kanalian ludzie którzy się czymś zachłysnęli potrafią gadać i zachowywać się jak na haju są monotematyczni, męczący itd. Poza tym według mądrych głów zakochanie się działa jak silny narkotyk, człowiek jest tak jakby na ciągłym nieustającym haju bez spożycia jakiś ziółek czy też chemii. Zgodzę się z tym, że ludzie którzy są pod wpływem silnych emocji niezależnie od tego jaka była przyczyna tych emocji potrafią upieprzyć życie innym. Nie lubię fanatyków w ogólnym tego słowa znaczeniu potrafią zniszczyć człowieka, nie lubię rasistów i nie lubię wielu wielu rzeczy tak jak wszyscy. Jednak czasem lubię poczytać coś w stylu świadectw wiary, wiele razy sama doświadczyłam podobnych odjazdów jednym z nich był wtedy kiedy urodził się mój synek, ten odlot trzyma mnie do dziś i zaczynam wpadać w panikę kiedy pomyślę, co będzie jak mój "naturalny" narkotyk odleci z gniazda..... a ta chwila zbliża się wielgachnymi krokami i mnie przeraża, mój malutki synek wśród tylu złych i niedobrych ludzi bez mamusi.... jednym słowem masakra. zycie jest okrutne niesamowicie.
UsuńWiara też potrafi namieszać sama jestem wierząca ale nie umiem i nie potrafię przypisac się do żadnego odłamu religijengo, wychowano mnie w wierze Katolickiej jednak nie zgadzam się z naukami Kościoła, nie mam nic przeciwko Księżom to ludzie jak każdy z nas, uważam że powinni się hajtać mieć gromady dzieci i wtedy rozprawiać na temat wychowania i zabezpieczania się ... ale ogólnie powiem jedno ... Bóg to świetny koleś jest ;)))) Chciaż może to kobieta? :P ;)))) Pozdrawiam
Kontakt super film, no właśnie sama bohaterka już nie starała się ich przekonać aż tak bardzo bo wiedziała że jej nie uwierzą i będą ją mieli za wariatkę. Z jednej strony szkoda że nie można innym pokazać tego co samemu się widziało. Jak ja mówię innym że u mnie w domu straszy to jedni patrzą na mnie jak na wiariatkę, inni znów wypytują, a następni nie komentują. Z drugiej strony fajnie czasami w taki sposób poprowokować ludzi i poobserwować ich reakcje ;)))) Jedno co mi się tutaj podoba, to tolerancja , wiem wiem są tu tez rasiści. U mnie pracy jest mieszanka narodowościowa jak i wyznaniowa. Są jacyś tam spirytyści, muzułmanie, ewangelicy, ci co wierza w buddę, są też ateiści. Mamy taką jedną w pracy dziewczynę, ona znów nalezy chyba do jakiejś sekty nie wiem nie pytam nie wypytuję ale inni mówią że ona z sekty jest. Ta dopiero ma odloty, w pracy śpiewa, tańczy, wszystkich uwielbia i kocha dziś gwizdała i w przerwach cieszyła się że jest piątek.. I tak sobie pomyślałam patrząc na nią, że ta laska jest najzwyczjaniej w świecie szczęsliwa co dla innych jest dość dziwne bo tak po porstu być szczęsliwym to jest nienormalne, trzeba narzekać, użalać się, jęczeć, a już być dszczęsliwym z powodu jakiegoś tam niewidzialnego Bożna to już jak choroba psychiczna. Dziewczyna jest spoko uczynna, pomocna, uśmiechnięta, rozśpiewana, mi tam się jej dzisiejsza radość udzieliła, fajnie ;))))
UsuńNa pewno nie będę wierzył w żadnego Jezusa, Buddę, Mahometa czy Lenina wiecznie żywego. Każda z tych religii jest tak skonstruowana, że wyklucza swobodny rozwój innej. Nie będę też tworzył żadnej innej religii, jak mi to pewien ksiądz próbował zasugerować. Moja wiara może dotyczyć zasad tego wszechświata, a każde zjawisko dzisiaj nie wytłumaczalne znajdzie w końcu logiczne rozwiązanie.
OdpowiedzUsuńKiedy idę do kościoła (obojętnie jakiej religii, czasami mi się to zdarza) i słyszę tekst z biblii, to dorysowuję sobie do niego tło historyczne. I kiedy słyszę tłumaczenie tego tekstu na współczesne czasy, to dostrzegam tu fałszywe nuty. Przypomina to trochę cytaty wielki, czy "wielkich", które dopasowuje się do konkretnej sytuacji. A kiedy doczyta sie w jakich warunkach i czego dany cytat dotyczył, okazuje się, że sprawa w tej konkretnej sytuacji miała się zgoła inaczej.
Znam Twoje zdanie...zawsze bedziemy mieli jakies niewyjasnione tajemnice do odlkrycia. nawet jezeli na jakies tam znajdziemy odpowiedz to staniemy przed nowymi. A wiara , coz warte byloby nasze yzcie bez wiary ( pojmuje to ogolnie, nie zakleszczam sie na wierze w Jezusa Chrystusa) ?
Usuń