Wkurzylam sie wpisem u Asmodeusza. Wydaje mi sie, ze nie ma co u ciebie Asmodeuszu sie wypisywac, bo owe wypisywanie sie jest bez sensu - BEZOWOCNE. Trzeba stworzyc cos u siebie, a ze blog zamkniety to z grubej rury pociagnac moge. Jezeli kiedykolwiek bloga otworze, wtedy wpis ow skasuje. Nie dla wszystkich ci on ...
Asmo stworzyl zacny post o
RADOSCI. Ogolnie ludziom jej brak, no bo skad owa radosc brac skoro usposobienie odziedzyczylo sie smutne, a nawet jezeli nie odziedziczylo sie pesymistycznego podejscia do zycia, to otaczajaca rzeczystosc i walka o dzien codzienny nie nastraja nas do bycia super zadowolonym z tego co nas spotyka. Ale nie tylko to nie nastraja nas optymistycznie. Nie wazne , sprobuje to jednak jako tako omowic....
Asmo uwaza, ze ludziom brakuje radosci poprzez katolicka indokrynacje w naszym zyciu. I szczerze powiedziawszy nudnosci we mnie wezbraly, bo do jasnej ciasnej ilez to mozna tak w kolko przypierdalac sie do katolikow, szukac winnych w innych a nie w sobie, w swoich wyborach , w ukladach zyciowych jakie nas zastaly czy tez spotkaly. To zaczyna byc niesmaczne. Jakos dziwne, ze kosciol nie przeszkadzal ludziom w czasach komuny, ze nie przeszkadzal im wczesniej...dopiero teraz, kiedy wszystko wolno zaczyna sie walka z kosciolem , ktory uwaza, ze wszystkiego nie wolno, ze sa sprawy i rzeczy, ktore przynosza szkode czlowiekowi, ze pod przykrywka pseudowolnosci robi sie kupe krzywdy nie tylko innym ale i sobie samemu. Trzeba zburzyc ostatnie bastiony tych, ktorzy twierdza, ze czlowiekowi nie wolno wszystkiego! Ktorzy uwazaja , ze to nie czowiek jest Bogiem.
Do rzeczy jednak, bo sie nigdy z tego nie wygrzebie, mam na mysli owe dygresje...
W moim domu rodzinnym trudno bylo o radosc. Trudno, bo ojciec pil, przepijal, bil, kurwil sie... Matka to pczciwa kobieta, ale bardzo slabo radzila sobie z problemami z mezem. Zbudowala swoja twierdze meczenstwa i cierpietnictwa na dziwnych przeslankach, typu:
-"slub koscielny to swietosc, nikt w rodzinie sie nie rozwodzil"- Blad w jej mysleniu polegal na tym, ze slub jest swietoscia, ale kosciol dopuszcza separacje z czlowiekiem, ktory uwala nam zycie. Ona swoj lek, strach przed samotnoscia..."co to bedzie jak meza nie bedzie, jak ja sobie poradze !" skrywala za misternie ulozonymi haselkami. Zawsze to cos, ktos , nie ona.
- "...zeby o was nie mowiono, ze jestescie dziecmi z rozbitej rodziny".- Przeciez ta rodzina byla i tak rozbita. Nalog ojca do tego doprowadzil, wiec czego matka sie obawiala, czyzby rozbitego rozbicia? Chciala zachowac pozory przed ludzmi, bo razu pewnego moja wychowawczyni omawiajac przypadek jednego z uczniow wyrazila sie na wywiadowce z rodzicami, ze: "... ten dzieciak tak ma, bo pochodzi z rozbitej rodziny".
- "... dokad niby mialam z wami sie udac?"- Blad, bo miala gdzie sie udac. Dziadek i babcia oferowali jej schronienie.
-"... tak, tak... wiem jakby to wygladalo... na poczatku, gdybym przeprowadzila sie do rodzicow wszystko byloby ok, ale potem bysmy zaczely im przeszkadzac."- Calkiem mozliwe, ze i tak by bylo, ale dziadkowie czesto udzielali mojej mamie wsparcia.
W domu nie bylo radosci, ale nie bylo tez w tym wszystkim kosciola, wiary, milosci, nadzieji.... nie bylo nic. Ot takie tam przykrywanie humorem, co niektorych wyczynow ojca, ale w srodku , w kazdej z nas panowal potezny smutek, przygnebienie, brak perspektyw na przyszlosc... i kazda z nas czula sie w tym stadle sama. Ojca nie interesowalysmy wcale. Z czasem przestal dokladac sie do wspolnej domowej kasy, zrzucaja ow obowiazek z wielka checia i szczodroscia na usamodzielnajace sie dzieci.
-A na co ja was mam?- Powiadal.- Abyscie mi sluzyly.
Jebaka z niego byl nieprzecietny. Mial gosc spore potrzeby, a ze matka urabana zyciem z nim, zakrecala kurek, w sumie ja na jej miejscu tez bym zakrecala, bo co to za przyjemnosc pojsc do lozka z napranym, nieprzytomnym, wyzywajacym cie od kurew czlowiekiem? Ojciec wiec znajdowal sobie babki na boku. Ostatnia jaka udalo mu sie wykosic to byla rozwodka, z dwojka dzieci, o cztery lata starsza ode mnie.
Ojciec schodzil na psy, choc zewnetrznie to byl szanowany pan urzednik, ktory jak to moja rodzicielka mawiala, szedl rano wyperfumowany, wygolony, super odziany do pracy, a wracal nawalony diabel, ktory nie pozwalal, nie dawal nam sposobnosci spokojnego spania, odrabiania lekcji, bo .... dzialo sie , oj dzialo!
W takim otoczeniu nic, ale to nic nie zacheca czlowieka do bycia radosnym. Z czego masz owa radosc czerpac? Z pustego to i Salomon nie naleje. Z pewnoscia to byl powod katolickiego wychowania mojej matki, ktora ponoc jako dziecko lazila do kosciola, ale rzeczy tam odbywaly sie po lacinie, wiec nikt nic nie wiedzial co w kosciele piszczy. Gdyby, jako mezatka, chadzala do spowiedzi to byc moze trafila by w koncu na kaplana, ktory dalby jej sile do zostawienia meza. Opowiedzialby jej o mozliwosci separacji , ktora jest uznawana przez kosciol katolicki. Niestety matka sie razu ktoregos na kaplana podczas spowiedzi obrazila i zaniechala owego sakramentu na kupe lat... z pewnoscia na dobrych 20 lat. Obrazila sie z powodow typowo dzieciecych, tak na owe sprawy obecnie patrze. . Ojciec kosciol uznawal tylko podczas chrztow, komunii, slubow i pogrzebow. Do kaplanow zwracal sie "prosze pana", pil z nimi wodke, na panienki z nimi nie chadzal bo niewatpliwie nie omieszkalby sie tym pochwalic.
Matki jako wsparcia nie mialam nigdy, wsparcia od ojca tez nie doswiadczylam, bo ojca w sumie poza awanturami, zdradami i wyzwiskami w naszym zyciu nie bylo. Na starosc probowal sie jakos z grzechow wykupic. Cos tam ktorejs z siostr zasponsorowac, ale ....
Pamietam czas, a bylam juz dorosla dziewczyna, mialam jakies 27 lat, kiedy strasznie potrzebowalam matki. Matka ma zas, tez potrzebowala wsparcia matki. Swoja oszczedzala bo chorowita byla, wiec szukala matki we mnie. Coz za paranoiczna sytuacja, dzieciak, ktory musi dziwigac rodzica... zreszta mialam tak caly czas, tylko nie uswiadomialam tego sobie.
I wiecie co? Nie wiem co by ze mna sie stalo, gdyby nie wspolnota w kosciele katolickim. Niewatpliwie bylabym zrzedliwa, zakompleksiona, mam nadzieje ze bez nalogow, zmurszala stara panna w tym zlym tego slowa znaczeniu, bo ja w sumie nic do starych panien nie mam. Moga byc swietnymi, super realizujacymi sie kobietami. Mi natomiast skrzydla do samorealizacji bardzo mocno podcinal domek, to , co sie w nim dzialo.
Mnie kosciol uwolnil. Nabralam tam oddechu. Mi tam nikt nic nie nakazywal, nie narzucal, nie zmuszal, nie nakladal ciezarow. Dopiero tam zdjelam okowy i ciezary... popuszczaly wszystkie gorsety ukrywania, skrywania czegos ...
"Przyjdzcie do Mnie wszyscy, ktorzy utrudzeni i obciazeni jestescie, a Ja was pokrzepie."
Mt 11, 28
W kosciele, we wspolnocie trafilam na ludzi wierzacych i praktykujacych.
Spotkalam tam zatwardziala Olge, ktora rozwiodla sie z mezem alkoholikiem ( uwazam, ze w Polsce to jedna z glownych przyczyn braku radosci w rodzinach, wsrod ludzi... alkoholizm jest uznany w Polsce za chorobe spoleczna, a nie katolicyzm wierzacych). Olga to kobieta, ktora swoim synom probowal zrekompensowac brak ojca. Byla zatwardziala, ortodoksyjna i z sercem na dloni... To ona wspierala moj remont starego mieszkania, ktore zakupilam za uciulane z trudem pieniadze. Pozyczala kase i mowila, ze terminow splat mi nie wyznacza... zawierzala moje splaty Bogu, a ja staralm sie z nich szúmiennie wywiazywac. Wyklocala sie w moim imieniu z robotnikami, ktorzy probowali robic mnie w konia.
Tam spotkalam Wiesie, ktora miala super meza, za to kosmiczne problemy z synem recydywista. Wychodzil z wiezienia. pobyl na wolnosci jakies trzy miesiace i znowu cos zmajstrowal.
-"Wiecie, to ta boziulka z kosciola, co ma synka w kiciu"- Mawiali o niej inni, owi niedzielni katolicy, albo i tacy co z kosciolem mieli tyle wspolnego co nic.
- "Taka modlaca sie rodzinka, pierwsze lawki w kosciele i prosze jaki syf w rodzinie"- Komentowano o Wiesi. A Wiesia nie zrazajac sie niosla ow krzyz upokorzenia dalej, bo jak go zdejmiesz, kiedy inni dbaja abys go nigdy nie zdjela? Szkoda tylko, ze ci inni , niewierzacy, lub uwazajacy sie za wierzacych, a komentujacy nie przyjrzeli sie swoim rodzinnym syfkom czesto i gesto zamiatanym , dla ludzkiego oka, pod dywaniki wszelakie. Maz Wiesi rowniez angazawal sie mocno w moje problemy remotowe. Na rodzicow zbytnio liczyc nie moglam. Za slabi byli. Ojciec , fachowiec w dziedzinie remontow i budownictwa, wszedl do zakupionej przeze mnie schedy , zerknal z lekka. Stwierdzil: "-Ales sie wpierdolila"- i wyszedl. I tyle moglam liczyc na jego pomoc.Nie polecil mi fachowcow, a znal ich mnostwo. Nie stanal jak na faceta- ojca przystalo i nie powiedzial czegos w stylu:
-"Chlopaki te rurki sa o roznej grubosci i nie laczy sie ich razem"- a byl przeciez specem od jakosci robot budowlanych. Byl panem kierownikiem.
Dopiero tam, w kosciele, odczulam co to znaczy miec ludzi przy sobie...ludzi sprzyjajacych czlowiekowi. Dopiero wtedy odetchnelam i nauczylam sie dziekowac Bogu za te pomoce, radosci jakich mi dostarczal przez innych. Dlatego nikt mi nie bedzie pieprzyl, ze katolicy to smutasy, ze katolicyzm odbiera czlowiekowi radosc zycia. Mojejmu ojcu niewatpliwie takowa radosc by odebral, bo powiedzialby mu ow katolicyzm cos w stylu:
"-Sluchaj brachu. Odrzuc alkohol. Niszczysz tym siebie i rodzine!"- Toz to dopiero byly by dla niego szatanskie wersety. Zasmucilby sie niewatpliwie.
"- Przestan pieprzyc sie po alkoholu . Przestan pieprzyc sie, dojdz do porozumienia z zona, zacznij ja szanowac"- To dopiero by bylo! To tak, jakby kazali mu z diablem w konszachty wejsc.
Dlatego tez wierze w ten kosciol, pomimo tego, ze spotkalam tam kaplanow alkoholikow. Trafil sie rowniez taki, ktory zdefraudowal i przepuscil parafialne pieniadze. Bywali tacy, ktorzy lubili panienki.... Trafialam na takich, ktorzy namawiaja "oddaj na tace wszystko co masz, a dostaniesz jeszcze wiecej". Oczywiscie, ze jestem odporna na tego typu namowy, daje tyle ile uwazam za sluszne. Ostatnio zostawilam w Gdansku puszke z pieniedzmi, z ktorych to oplacamy przejazdy autobana. Moglo tam byc drobniakami jakies 80 zl. Niech maja :) Tym bardziej , ze z tej kasy sa finasowane rekolekcje dla tych, ktorzy chca a nie maja za co na nie sie udac. Wiem, ze tak bywa, bo i ja, dawno temu, z takowej pomocy skorzystalam. Natomiast nie wydebia ze mnie ani grosza wiecej jezeli nie jestem do tego grosza przekonana. Wole swoja dziesiecine oddac blizniemi w postaci chociazby zafundowania mu bietu do teatru.
Amen.