Zdjecia i krociutka relacje zamiescilam juz na fejsie. Niektorzy z Was mieli mozliwosc zapoznac sie z nia. Teraz pora na bloga.
Pracuje czlowiek, pracuje...pracuje i ...jeszcze pracuje, wiec kiedy zdarzy mu sie wolny koniec tygodnia wtedy nie wie, co z ta wolnoscia poczac. U mnie bywa tak raz na miesiac. Glupieje. Skoro wolne to szkoda przesiedziec ten moment w domu. Siedzenie w domu konczy sie z reguly sprzataniem, sadzeniem czegos w ogrodku, poprawianiem siedziska, zakupami ( brzydna mi zywnosciowe cotygodniowe zakupy), pranie sie wtedy wieksze odwala...ogolnie z takiego wolnego nic fajnego nie wychodzi. Zamienia sie tylko miejsce pracy. Z tej roboty w zakladzie wchodzi sie w robote w chalupie.
Postanowilam wiec, ze w "obecne wolne" zaszalejemy. Martin nie pracuje w weekendy. Nie ma nocnych zmian, wypoczety chlop...nic mu nie bedzie jak np.: ruszymy do Holandii nad Morze Polnocne. Zapakujemy troche zarcia, parasol sloneczny, wezmiemy stroje kapielowe i ...fajnie bedzie- planowalam. Niestety moje plany to jedno, a wola rodzinki to drugie. Marie najchetniej siedzialaby w domu z krolikami. Ona nie lubi dlugich jazd samochodem. Mdlosci ja dopadaja. Trudny to pasazer na dlugie dystanse. Matin natomiast nie wyobraza sobie calodniowego wylegiwania sie na plazy. Strata czasu! To nie wypoczynek, to umeczenie...droga krzyzowa.
- Nie wiem co zrobicie, ale ja w ten weekend w domu nie siedze i wy siedziec tez nie bedziecie.- Oznajmilam.
Myslalo moje chlopie, myslalo...troche mu to myslenie czasu zajelo. -Wiesz co? Pojedziemy do Elspe. To niedaleko. Marie bedzie zadowolona...- znam te numery. Na dziecko mnie nabiera, a w sumie to i sam to i owo chce uszczknac. Boi sie ze go lezenie na piachu czeka.- ...nie bedziemy musieli dlugo jechac.
Uleglam. Kurcze obawiam sie tej mojej miekkosci. Przerabia mnie na swoje kopyto moj maz. Dlaczego zawsze wszystko musi byc po jego mysli? On , co prawda twierdzi, ze wszystko jest po mojemu, ale ....ja tak nie czuje. Nie porzystoi feministce naboznie, potulnie, zgadzac sie z facetem.... potem bedzie chodzi po miescie i rozpowiadal ze mu latwo ze mna poszlo. Niedoczekanie! Ale....pomimo wszystko uleglam.
-Gdzie chesz nas zabrac?- Pytam
-Do Elpse. Do miasteczka zbudowanego na styl miasteczka dzikiego zachodu. Odbywaja sie tam, w sezonie letnim, przedstawienia o Winnetou i Old Shatterhandzie.
-Gdzie? Do Elspe?
-Nie Elspe, tylko Elspe.-Poprawia malzonek.
-Przeciez mowie ELSPE.
-Nie mowisz Elspe tylko Elspe.
-Niemcem jestes, ale albo masz problem z uszami, albo nie znasz niemieckiego... wymawiam przeciez Elpse.- Marie sie rozesmiala. Okazalo sie, ze szlo o intonacje. No ale jak mialo nie isc, skoro poprawia sie czlowieka, meczy poprawianiem , wiec ten zmeczony czlowiek zaczyna przyciskac w wymowie kolejne gloski myslac, ze to akurat ta wlasciwa do przycisniecia. W sumie czyta sie to tak samo jak jest napisane. Elpse to Elpse i koniec.
Mala to, niemiecka miejscowosc majaca jedna atrakcje, wlasnie owo miasteczko na uboczu. Zjezdzaja tam wiec autokary prawie z calych polnocno - srodkowych Niemiec. Wycieczki szkolne, wycieczki seniorow, ludzie prywatni z rodzinami, bez rodzin ...konfiguracje jakie sobie tylko zyczycie. Zalapalismy sie na otwarcie sezonu. Ludzi bylo sporo, ale pomimo wszystko, w dniu wyjazdu ( zadzwonilismy tylko) bilety udalo sie nam zamowic. Miejscowosc jest od nas oddalona o jakies 50 km. Niedaleko, to fakt. Co to jest w dzisiejszych czasy 50km? Pryszcz. Pomimo oszalamiajacej bliskosci nigdy tam nie bylam. Przejezdzalam przez nia czesto jadac w odwiedziny do siostry.... Nadejszla wiec owa wiekopomna chwila. Nadjechalismy. Zaparkowalismy na parkingu numer 3 ( wyboru nie bylo, naprowadzali ans porzadkowi). Akurat taki parking po srodku, ale Martin uderzyl w ton: "To co? To oni nie wiedza, ze to JA? A skoro JA to mi nalezy sie parking muner 1". Nie wiedzial co gada. Jedynka znajdowala sie samym dole. Wejscie z parkingu trzeciego na gore przyprawilo nas o zadyszke. Z jedynki dotarlibysmy na miejsce czolgajac sie i proszac o wode.
Na poczatku zaserwowano turystom pokazy umiejetnosci ptakow drapieznych- kondorow, sepow. Nie zalapalismy sie, bo ruszylismy w droge bez sniadania, bez lyka nawet wody, wiec na miejscu musielismy nadrobic. Pokazy trwaly, a my szamalismy na uboczu. Zle sie ubralam. Powinnam zalozyc obuwie sportowe , wziasc plecak a ja zalozylam zle buty i chcialam sie wsrod ludzi pokazac z nowa, zajebiscie niebieska torebka.... Ludzie popakowali sobie w plecaki prawiant, my zas liczylismy, ze na miejscu dostaniemy cos na zab. Dostalismy, ale ...
- No niech oni nie mysla, ze ja tutaj na obiad do nich zawiatam. - Odgrazal sie Martin. - Zdzierstwo. 7 euro za spaghetti! I na pewno jest to porcja dla dzieciaka. Nie rozroznili nawet menu dla dzieci. Marie dostanie z pewnoscia taka sama porcje co i ja, za takie same pieniadze....- Bredzil, glodny byl, to jadlby na zapas. Obawial sie o zawartosc talerza.- Zjemy gdzie indziej.- Zapowiedzial.
Calkiem sympatyczne "dzikie" maisteczko.
-Jakies takie male.- Krecil nosem malzonek.
-Normalnej wielkosci. Przeciez kiedys nie bylo takich metropolii jak teraz. Rynek, tory kolejowe, a przy torach od razu szeryf, poczta, hotel jakowys....- Tlumaczylam.
Na jazde ciuchcia po terenie akcji juz sie zalapalismy. Odymila nas ta stara , weglowa lokomotywa. Bilet dla dzieciaka kosztowal euro, dla doroslego poltora euraka.
Amfiteatr widziany z kolejki, w ktorym za moment ( za jakies dwie godziny) odbedzie sie widowisko.
Most na linach. Bardzo wazny element dekoracji. To na nim odegrala sie ostatnia, dramatyczna scena. Most zalamal sie pod szefem bandytow. Szef wpadl do wodospadu.
Wozy osadnikow.
Potem udalismy sie na pokazy kaskaderskie. Proszono nas o nie robienie zdjec z uzyciem lamp blyskowych, nie moglam wiec nic sfotografowac. Jak na moj sprzet bylo za ciemno. Wyjasniano mlodziezy aby nie brala bojek, ktore za moment ujrza, na serio. Pokazywali jak wygladaja przewrotki, ciosy, podpalenia...zdradzali techniczne sprawy zwiazane z akcja. Robili to na dodatek z ogromnym poczuciem humoru. Nie tylko dzieciaki, ale i my dorosli mielismy niezly ubaw. Oczywiscie wszyscy kaskaderzy grali potem szajke awanturnikow, ludzi wyjetych spod prawa....
Na tylach, przy palcu zabaw, znalezlismy podrobe Statuy Wolnosci. Marie od razu wiedziala co to jest. W przedszkolu przerabiali tematy o kontynemtach i ciekawych rzeczach znajdujacych sie na poszczegolnych kontynemtach. Zalapala sie wiec do omowienia w pogadance i Statua Wolnosci.
Zafundowalismy naszej Malej sesje zdjeciowa. Facet mial stroje z epoki do wyboru i koloru. Cale rodzinki przebieraly sie do wspolnej fotografii. My postawilismy na Marie, choc roznicy w cenie nie bylo zadnej, my na dodatek, czy ona sama nie garalo roli.
-Kim chcesz byc?- Padlo od fotografa pytanie.- Szeryfem, czy dama?
-Szeryfem.- Zadecydowala Marie.
-A moze jednak dama? Zastanow sie dobrze.- Podpowiadal z boku tatus, jak waz kusiciel namawial Corke do kiecki. No przeca to dziewczynka, jak moze chciec byc szeryfem. No jak, przyznajcie sami? Nie mial tatus racji?
-Pozostaw jej wolny wybor. To przeciez nie wybor meza, to tylko stroj do zdjecia.- Zahamowalam zakusy Martina.
Mamy wiec szeryfa.
A tutaj szeryf ustawiony do zdjecia. Nowoczesne obuwie i oplywowki zaslonil jej fotograf starymi walizami. Chwalil brak zeba i przenikliwy wzrok. No jak ten tatus mogl nie zauwazyc, ze nasze dziecie do roli szeryfa pasuje jak ulal:) Dama bez przedniego zeba to tak...nie teges, ale bezzebny szeryf, czemu nie. Poza tym slyszalam, ze na dzikim zachodzie byl niesamowity deficyt kobiet. Mezczyzn bylo tam sporo. Kiedy robili se potancowki w salonach, to niektorzy z panow wskakiwali w wdzianka kobiet...wyglodzeni chlopaki. Dziewczyny mialy tam wziecie jak trza. Zadnej staropanienstwo nie grozilo. Rozchodzily sie od razu, na peronie stacji, jak swieze buleczki. Brak uzebienia nie byl przeszkoda do zamozpojscia....
Przedstawienie trwalo ponad dwie godziny. Przerwe rowniez nam zrobiono. Niesamowite jest teatr na swiezym powietrzu.
Bandyci czekaja na pociag. Publicznosc reagowala bardzo emocjonalnie. Przewaga widowni to dzieci lub dorastajaca mlodziez. Nie szczedzili wiec bandziorom wygwizdywania. Szkoda, bo kaskaderzy napracowali sie na planie niezle. To oni upadali, spadali, wyginali sie, przeginali....
Napad na pociag. Szajce nie udaje sie ograbic pociagu. Przeszkadzaja im Komancze, ktorzy ratuja chlopaca. Jedynego, ktoremu udaje sie przezyc napad. Wychowuja go potem u siebie jak swojego.
Winnetou odmawia spozycia ognistej wody. Odmowa znaczyla tyle samo co prowokacje do bojki.
Mamy wiec bojke.
Ptaki w akcji.
Bardzo niepozytywny charakter. Szef szajki. Mormonski duchowny grany przez Martina Semmelrogge, aktora pracujacego sporo w niemieckiej TV, szczegolnie tej monachijskiej. Dziwila mnie wlasnie, burza oklaskow na koniec dla tej postaci. Gral przeciez niepozytywna role a klaskano mu ze hej. Chlopakow z szajki wygwizdywano a tego nie. No ale coz, nazwisko mowi wiele:)
Wielu aktorow bioracych udzial o owym przedsiewzieciu to aktorzy, ktorzy zaistnieli np.: w reklamach, teatrach gdzies na prowincji...ta dziewczyna jest jeszcze przed matura. Pochodzi z Monachium ( München). Ma niesamowite referencje i osiagniecia muzyczne. Mysle, ze rola Sary to w jej przypadku dorobienie sobie do wakacji.
Dwa sezony, po zakonczeniu kariery w Tv i filmie, gral w Elspe
Pierre Brice , odtworca roli Winnetou w filmach kreconych na podstawie powiesci Karola Maya.
Indianie wracaja z walki z bladymi twarzami. Komancze szykuja sie do kolejnej wojny.
Atakuja.
Komediowa rola- arytokrata ze Szkocji poszukujacy diamentow. Ten akcent, ruchy, angielska mentalnosc...swietne.
Winnetou probuje przekonac wodza Komanczow do zaniechania atakow.
Milosc tez byla obecna.
Most linowy po zerwaniu sie pod mormonskim duchownym. Uwolnieni osadnicy.
Happy End
Jestem wam wdzieczna, ze wytrwaliscie do konca:)